Życie jest podróżą

Radomianka z pochodzenia, magister sztuki z wykształcenia, z zamiłowania podróżniczka, zwiedza cały świat, a jej życiowe ścieżki przywiodły ją również do Ostrołęki. Lubi poznawać i obserwować ludzi, lubi dzieci za ich świeże spojrzenie, twórcze podejście, spontaniczność i radość życia. Jej pasją jest rysowanie, w wolnych chwilach jeździ rowerem, lubi świat wielokulturowy, wielojęzykowy, nowe doświadczenia i bycie w drodze. Z nietypową kobietą o niecodziennej osobowości i niesamowitym charakterze rozmawiała Marta Mierzejewska.

Ubiegłoroczne wakacje spędzałaś w Ostrołęce, jak trafiłaś do naszego miasta, i jak wspominasz ten czas?
Aneta Skornicka – Do Ostrołęki trafiłam w ramach unijnego projektu MOPR-u „Radosny Świetlicobus”, gdzie pracowałam przez 4 miesiące jako pedagog ulicy na wielu osiedlach miasta. Bardzo dużo mnie ta praca nauczyła, bo sama w sobie jest fascynująca, a do tego pracowałam u boku Beaty Domaszewicz, która prowadziła podobny projekt w Radomiu i ma w tej dziedzinie bardzo duże doświadczenie. Jeśli chodzi o dzieci, to praca z nimi była najprzyjemniejszą częścią mojego pobytu w Ostrołęce. Jest w nich tyle życia, są naturalnymi nauczycielami i inspiracją. Podobało mi się bardzo to, że naszym wesołym autobusem mogliśmy odwiedzać bardzo rożne miejsca, że pracowaliśmy z dziećmi w rożnym wieku. Poznałam mnóstwo mądrych i zdolnych młodych ludzi. Pokochałam te dzieciaki i tęsknie za nimi.

Dużo podróżujesz, odwiedzasz zachwycające miejsca. Czy na Kurpiach coś Cię zachwyciło?
Nie było za dożo czasu na zwiedzanie, bo pracowaliśmy bardzo intensywnie, czasem też w weekendy. Lubiłam wyprawy rowerowe po okolicach, chociaż było ich niewiele. Ominęło mnie Wesele Kurpiowskie czy festiwal teatrów ulicznych, ale może będzie jeszcze okazja w przyszłości żeby to zobaczyć.

Obywatelka świata. Czy pasuje do Ciebie to określenie?
Nie wiem, to są trochę takie etykietki upraszczające. Byłam w kilku miejscach, ale świat jest bardzo duży. Dla mnie samo życie jest podrożą. Nie chodzi o przebyte kilometry lecz o postawę, ciekawość, otwartość, chęć poznania i doświadczenia rzeczy nowych. O to coś, co nas pcha do innych, by umieć się zadziwić innością, nie bać się jej, nie uprzedzać się na zapas. Podróże naprawdę kształcą, dają nowe spojrzenie, poszerzają horyzonty, uczą pokonywać nasze ograniczenia, które często sami sobie wymyślamy. Kiedy jadę z Radomia do Wrocławia, to też jest dla mnie podroż. Odwiedzenie sąsiada też może być pasjonującą przygodą. W Chile widziałam, taką nazwijmy to rzeźbę – 2 telewizory, jeden na drugim, postawione przed domem, a na nich dużymi literami namalowany napis: Apaga la tele, vive tu vida (wyłącz telewizor, żyj własnym życiem). Piękne przesłanie…

Gdzie wobec tego żyje Aneta na co dzień?
Kiedyś moja siostra powiedziała, że ja nie mieszkam nigdzie, tylko bywam. Ja, na takie pytania odpowiadam zwykle: zależy kiedy pytasz (śmiech). W ciągu ostatnich 10 lat mieszkałam kilka lat w Paryżu, potem był rok podroży po Ameryce Południowej, potem Barcelona, Ostrołęka, na chwile Radom, teraz przymierzam się do Wrocławia, chociaż nie wiem na jak długo.

Które z miejsc, jakie już do tej pory zobaczyłaś budziły największy zachwyt, najbardziej fascynowały?
Algieria, to był mój pierwszy wypad poza kontynent i pierwszy lot samolotem – od razu do Afryki. Trochę podróżowałam po Europie, głównie po Francji i Hiszpanii. W Ameryce Południowej odwiedziłam Peru, Boliwię, Ekwador, Kolumbię, Argentynę i Chile. Widziałam dużo niezwykłych miejsc, chociaż najbardziej cenię sobie podróże bogate człowiekiem. Miejsca, które stały się dla mnie ważne, niekoniecznie dlatego, że są piękne, ale dlatego, że poznałam tam wspaniałych ludzi.

Jakie są kolejne cele Twojej życiowej podróży?
Postanowiłam, że rok 2013 nazwę sobie „Teraz Polska” (śmiech). W czerwcu i lipcu biorę udział w Ogólnopolskim Konwoju Rowerowym wraz z moimi przyjaciółmi: Łukaszem i Gosią, którzy będą opowiadali o potędze marzeń jak również o tym, jak bardzo wiele możemy, jeśli tylko się odważymy. Łukasz nie chodzi od wielu lat, porusza się na wózku… Mimo fizycznych przeszkód jest szalonym marzycielem, lubi podróżować, jest bardzo zdolny, ma niesamowitą wiarę w to, co robi. Razem z Gosią zdziałali już bardzo dużo i chcą się tym dzielić z innymi. Już niedługo będzie o nich głośno. Ja mam przyjemność uczestniczyć w tym projekcie rysując całą przygodę. W przyszłości powstanie z tego książka, którą napisze Gosia. Więcej informacji znajdziecie na
 www.wstanijedz.pl

Chciałabym się skupić na Twojej wyprawie do Ameryki Południowej. Co zadecydowało o tym, że wybrałaś ten kierunek?
Zawsze mnie ciekawiło, co jest za granicą… najpierw Polski. Jak funkcjonują ludzie w innych kulturach, jak brzmią inne języki, jak to jest być w środku obcego mi świata, którego nie znam, który będzie dla mnie nieprzewidywalny. Kiedy już pojeździłam trochę po Europie, chciałam wybrać się za ocean. Dlaczego Ameryka Południowa? Bo słyszałam, że ludzie są tam bardzo otwarci, chciałam to poczuć na własnej skórze. Chciałam też nauczyć się hiszpańskiego. Podobno nie ma lepszego i skuteczniejszego sposobu uczenia się języków niż posługiwanie się nimi w codziennych sytuacjach.

Podróżowałaś ze swoim przyjacielem w dość niekonwencjonalny sposób, mało osób by się na coś takiego zdecydowało.
Dla mnie to był właśnie bardzo zwyczajny sposób, w sensie – swojski. Zależało nam na tym, żeby być jak najbliżej miejscowych ludzi…Żadne biura podroży czy inne zorganizowane wygody zrobione pod turystów. Podróżowaliśmy autostopem tam, gdzie się dało. Miejscowymi samochodami, moto-taxi (motocykl przerobiony na samochodzik, bardzo sprytne rozwiązanie), rozklekotanymi statkami czy czółnami po Amazonii. Z plecakiem na plecach,
bez obnoszenia się gadżetami. To pomogło zjednywać nam ludzi, którzy bardzo często zapraszali nas do siebie. Korzystaliśmy też z www.couchsurfing.com , czyli darmowych noclegów u miejscowych. Bardzo lubię ten projekt i sama przyjmowałam wędrujących ludzi w taki sposób, kiedymieszkałam w Paryżu. To jest tak, jakby się miało rodzinę rozsianą po całym świecie i dopiero się ją poznawało. Wyrastają z tego często piękne przyjaźnie. Mieliśmy też mały namiocik, z którego czasem korzystaliśmy. W Peru, Boliwii i Ekwadorze zazwyczaj spaliśmy w hostelach, ponieważ były bardzo tanie. Zwłaszcza te, znalezione spontanicznie, których jeszcze nie ma w przewodnikach. Żeby zmniejszyć koszty gotowaliśmy sobie sami, gdzie się dało (na kempingach, u ludzi, w hostelach), robiliśmy rożne rzeczy na wymianę, np: malowaliśmy coś na ścianie za nocleg albo pracowaliśmy w zamian za jedzenie i spanie. W Argentynie i Chile byliśmy praktycznie cały czas u kogoś, bo zanim tam dotarliśmy, to spotkaliśmy po drodze rożnych fajnych ludzi, którzy dawali nam kontakty do rodziny, znajomych, a tamci przekazywali nas swoim znajomym. Gościnność mieszkańców Ameryki Południowej jest niespotykana.

Co zmieściło się w Twoim plecaku?
Mały namiot, śpiwór, dwie koszulki na zmianę, zeszyt do rysowania, farbki, lekki termiczny sweter, kurtka na deszcz, buty na zmianę, latarka na głowę, nóż do kanapek, łyżka, która zastępowała też widelec, książka do czytania, którą się ciągle wymieniało na inną, zeszyt do notatek…

Były momenty niebezpieczne? Jak sobie radziliście z przeciwnościami losu, ze zła pogodą?
W Europie jesteśmy przyzwyczajeni do konieczności kontrolowania, do tego, żeby wszystko wiedzieć na zapas: jak będzie, co będzie. Cala nasza podróż polegała na tym, że nie wiedzieliśmy wstając rano, co przyniesie dzień, gdzie będziemy spali, kogo spotkamy. I to było super. Wspaniałym doświadczeniem jest pozwolić sobie na taki luksus wolności – żeby prowadziła nas droga. Oczywiście jest wiele miejsc, gdzie trzeba uważać, zwłaszcza przedmieścia dużych miast, wielkie metropolie, jak Lima czy Buenos Aires. Kraje Ameryki Południowej były przez lata kolonizowane i wyzyskiwane przez Europejczyków. Nie trzeba ich wiec denerwować, paradować z gadżetami, obnosić się, że mamy więcej niż oni. My przekonaliśmy się wielokrotnie, że uśmiech otwiera wiele drzwi. Że rożne sytuacje, które mogłyby się skończyć źle, często zmieniają swój bieg jeśli pokaże się ludziom, że nie jest się do nich uprzedzonym, jeśli się z nimi rozmawia. Bardzo często miejscowi sami nam pomagali, przeprowadzali nas bezpieczniejszymi drogami, mówili jak dotrzeć, żeby nic się nam nie stało, czego unikać. Zwykle jak wyruszaliśmy w drogę, chodziliśmy najpierw na targ na śniadanie i tam pytaliśmy, co jest ciekawego w okolicy, na co uważać. Tak powstawały kolejne etapy podróży, nie mieliśmy ustalonej trasy. Nam osobiście nic się nie stało. Co nie znaczy, że wszędzie jest bezpiecznie. Na pewno warto mieć porozkładane pieniądze w kilku miejscach, w wewnętrznych kieszonkach itp, mieć jakieś drobne na przynętę, gdyby nas ktoś napadł i coś chciał, mieć kopie dokumentów, np. wysłać je sobie na maila, żeby w razie zgubienia czy kradzieży mieć cokolwiek. Na pewno, jeśli zostanie się napadniętym, nie ma sensu ryzykować życia i szarpać się o rzeczy materialne. Turyści czy podróżnicy z Europy są zwykle bezpieczniejsi niż miejscowi, bo tam wiedzą, że możemy dochodzić czasem swoich praw, że może się to otrzeć o ambasadę, że mogą być z tego problemy. Dla mnie nie ma złej pogody, bo lubię i deszcz i słonce… zimno i ciepło. Ale problemem bywało np. zmęczenie, wyczerpanie, rożne kryzysy…Jest wiele takich chwil, kiedy dociera się do własnych ograniczeń i to bywa trudne, chociaż jest bardzo budujące, kiedy się to uda przeczekać, wytrzymać, przezwyciężyć… wtedy rosną skrzydła.

Cały rok w podróży – jak przebiegała ta wyprawa
Zaczęliśmy od Limy, stolicy Peru. Potem ruszyliśmy w górę przez małe miejscowości, omijając turystyczne wybrzeże, następnie była Amazonia, tropikalne lasy, niezmordowane komary i tak aż do Iquitos, największego miasta w dżungli, do którego nie ma już drogi lądowej, wiec pozostaje statek. Dotarliśmy do potrójnej granicy – Peru, Kolumbii i Bazyli, byliśmy jednego dnia w trzech krajach (śmiech). Następnie był lot do Kartaginy, na północy Kolumbii i z tropików wylądowaliśmy na Karaibach. Potem, to już tylko w dół, głównie po Andach, przemierzając bezdrożna Kolumbii, Ekwadoru, znowu Peru, Boliwii, Argentyny, Chile. Tam dotarliśmy do miejsca, gdzie kończyła się droga lądowa i nasz czas (wielki błąd, że mieliśmy bilet powrotny i to też z Limy, do której trzeba było wrócić). Zawróciliśmy i przemierzając Chile od zimnych lasów do pustyni Atacama dotarliśmy znowu do Peru.

Owocem tej wyprawy jest książka, niestety nie doczekała się jeszcze polskiego wydania.
Za to ma dużo obrazków – fotografii i rysunków, które powstawały podczas podroży i jest świetną okazją do uczenia się języków obcych – mamy ją po hiszpańsku i po francusku. Możecie ją przejrzeć na naszym blogu, który prowadziliśmy przez całą podróż:
www.caminalma.blogspot.com

A jak się przedstawiały Wasze wydatki, czy każdy może w ten sposób podróżować?
Średnio wychodziło nam po 12 euro na osobę dziennie. Na pewno nie każdy może tak podróżować, bo wiele osób woli, żeby było wygodnie, by były zapewnione rożne rzeczy, w autobusie klimatyzacja, w hotelu czysto itp. Wtedy jest drożej. Wszystko zależy od tego, jakie się ma potrzeby. Jest wiele opcji na zarabianie na miejscu na rożnych drobnych pracach. Jak się ma jakieś talenty artystyczne to można je w tym celu wykorzystać.

Co Cię na tej trasie najbardziej zachwyciło, najbardziej przeraziło, a co zaskoczyło?
Na każdym kroku zachwycała mnie gościnność ludzi, uśmiech za darmo, radość, życie, które pulsowało. Niesamowitym doświadczeniem było spanie w domku na drzewie w dżungli czy oglądanie gejzerów i gotującej się ziemi na pustyni. Nie przypominam sobie żeby mnie coś przeraziło…Był moment kiedy Francesc zachorował na malarię, ale bardzo pozytywnie to znosił i nie pozwalał się nad sobą użalać. Zamiast się o niego martwić, po prostu go rysowałam. Z tego okresu powstały najciekawsze rysunki. Hmm…co mnie zaskoczyło? Dużo rożnych drobiazgów, np. ilość pucybutów w Boliwii i targ czarownic, albo to, jak wygląda kawa czy kakao jeszcze na drzewie.

Powtórzyłabyś tę podróż?
Nie wiem, czy takie rzeczy da się powtórzyć i czy jest sens to robić, skoro jest tyle miejsc do odkrycia. Na pewno chciałabym odwiedzić wiele osób, które poznałam po drodze i z którymi się zaprzyjaźniłam… zwłaszcza w Argentynie.

Zachwyca mnie Twoja podróż, podejście do życia. Życzę wszystkim takiej spontaniczności, a Tobie odkrywania nieodkrytego. Naszych czytelników zapraszam natomiast na stronę www.caminalma.blogspot.com gdzie możecie prześledzić podróż Anety. Dziękuję za rozmowę.
Dziękuję i pozdrawiam wszystkich czytelników Rozmaitości Ostrołęckich.

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.

podobne wiadomości

Podziel się