Zaczyn sukcesu na mecie

Karierę tego wybitnego kolarza z Ostrołęki przerwało wojsko. Dziś jest maratończykiem.

mąka_sławomir

Sławomir Mąka to jeden z najbardziej utytułowanych ostrołęckich kolarzy. Zdobył złoty medal na Ogólnopolskiej Spartakiadzie Młodzieży, a w 1983 roku poparł to zwycięstwo tytułem Mistrza Polski Juniorów. W rozmowie z nami wspomina swoje najlepsze starty, problemy ze sprzętem i treningi pod okiem trenera Kazimierza Górskiego.

Co to będzie z tego Mąki

Kiedy czternastoletni Sławomir Mąka trafił do klubu kolarskiego był bardzo szczupły i dużo niższy od swoich rówieśników.  To nie był wówczas ideał sportowca. Przy kolegach wyglądał wciąż jak dziecko. Trenerem był wówczas Kazimierz Górski, który nie widział w nim potencjalnego kolarza, a już z pewnością nie takiego, który będzie odnosił sukcesy. Szybko musiał swoje zdanie zweryfikować. Sławomir Mąka z treningu na trening był coraz lepszy i szybko zaczął odjeżdżać nawet starszym kolegom.

– Kiedy zapisałem się do klubu dostałem rower o trzy numery za duży, ledwo dosięgałem pedałów – wspomina Sławomir Mąka. – Ciężko się na nim jeździło. Ale trener Górski początkowo nie wiązał ze mną żadnej przyszłości. Może chciał mnie nawet zniechęcić przez ten rower.

Ponieważ w latach 80. przepływ informacji był dużo bardziej utrudniony niż dziś ani trener Górski, ani tym bardziej sam Sławomir Mąka nie mogli wiedzieć, że podobną posturę miał Stanisław Szozda, zwycięzca Wyścigu Pokoju. W jednym z wywiadów zdradził, że kiedy zaczynał, był bardzo niski i ważył zaledwie 42 kg. Nikt nie dawał mu szans.

mąka_i_inni

Wiara góry przenosi, a prasa przesadza

Pierwszym ogromnym sukcesem Sławomira Mąki był złoty medal na Ogólnopolskiej Spartakiadzie w Sobótce koło Wrocławia. Nie jechał tam oczywiście jako faworyt i prócz trenera nikt na niego chyba nie stawiał. Mąka dostał się do etapu ogólnopolskiego jako jeden z zawodników wyłonionych z tzw. „strefy”. W wyścigu eliminacyjnym był trzeci, a pokonał go między innymi Cezary Zamana. Pod Ślężą Zamana nie dał już rady Mące.

mąka_podium– Trasa była wymagająca – mówi Mistrz Polski Juniorów z 1983 roku. – Jechałem z przodu, bo wiadomo, że jak chce się walczyć o dobre miejsce to trzeba się trzymać czołówki. Bodajże na pierwszej rundzie była kraksa i ja w niej uczestniczyłem. Oczywiście aż tak tragicznie, jak to potem opisano w gazetach, nie było. Byłem poobcierany, miałem zdarte łokcie i kolana, ale z tym dało się jechać dalej. Szybko wstałem, pozbierałem się. Rowerowi, na szczęście nic się nie stało. W połowie drugiej rundy jeden zawodnik odjechał. Ja poszedłem za nim. To było przed tym podjazdem i wszyscy jechali dość wolno. Przed górą uciekiniera dogoniłem, ale na podjeździe on został a ja sam pojechałem dalej. Było trochę konsternacji, bo do mety było jeszcze daleko, około 40 km. Po zjeździe, podjechał do mnie wóz techniczny z trenerem i zapadła decyzja, że nie czekamy na grupę tylko jedziemy sami do końca. W pewnym momencie miałem około trzech minut przewagi, ale znów został wysoki podjazd. Na górze miałem dwie minuty przewagi i wiedziałem, że są duże szanse, że dojadę. Chociaż meta też była pod górę. Około 2-3 km. Ale tej przewagi starczyło.

Samotne 100 metrów do mety

Tego dnia we znaki kolarzom dawała się również temperatura. Około 35 stopni Celsjusza. Złoty medal i wygraną Mąka zawdzięcza także kubkowi zimnej wody, którą koledzy chlusnęli mu w twarz.

– Ci, którzy tego dnia nie startowali ze startu wspólnego tylko drużynowo mieli resztę dnia wolną. Stali więc po trasie i polewali wodą – mówi Sławomir Mąka. –  Między innymi Sylwek Grabowski stał na przełęczy z takim kubkiem dużym zimnej wody i tylko krzyknąłem mu, żeby lał mi prosto w twarz. I on tak zrobił. Człowiek się od razu inny zrobił, ta temperatura już tak nie dokuczała. Poczułem się jakbym drugie życie dostał.

Wystarczyło niemal do końca wyścigu. Jednak sto metrów przed metą noga przestała „podawać”, a trener rozważał czy młody zawodnik w ogóle dojedzie.

kolarze_odpusty

– Sto metrów przed metą wozy techniczne muszą zjechać na bok. Nie mogą z zawodnikiem przekroczyć mety. Ale ja byłem półprzytomny i przestawałem się kontrolować. Nie wiedziałem co się ze mną dzieje – wspomina pan Sławomir. – Już zastanawiali się w wozie technicznym czy nie zapłacić kary i przejechać ze mną przez linię mety, bo nie wiedzieli czy się nie przewrócę na tych ostatnich metrach. Ale ostatecznie wóz zjechał a ja pojechałem dalej sam. Widzieli, że już nie ma z czego jechać.

 

Szyte szytki

mąka_górskiSukcesy młodych ostrołęckich kolarzy, bo nie tylko Sławomir Mąka triumfował w wyścigach, okupiony były ciężką pracą. Wydaje się to banalne, bo każdy sportowiec musi się liczyć z wyrzeczeniami, niezależnie od tego w jakim czasie trenuje, ale dziś kolarze mają o wiele, wiele łatwiej niż w czasach WLKS Ziemia Kurpiowska.

Przede wszystkim brakowało sprzętu. O trzy numery za duży rower to nie była tylko kwestia braku wiary w zawodnika, ale też braku ogólnych braków w magazynie.

– Chętnych wtedy było więcej niż dziś do kolarstwa, ale nie było sprzętu, nie było na czym jeździć – mówi Mąka. – Pamiętam, że gumy, na których się jeździło to były tzw. szytki (opona zszyta w jedną całość z dętką. Jest ona przyklejana (za pomocą kleju lub taśmy) do specjalnej obręczy. przyp. red). Jeśli złapało się gdzieś gumę i zrobiła się dziura to rozcinało się oponę, zszywało się dętkę dratwą i igłą taką jak ma krawcowa, zaklejało się oponę i znów przyklejało do obręczy. Taka guma była wielokrotnego użytku. Dziś jak złapie się gumę to się od razu to wyrzuca, a kiedyś to kleiło się na okrągło. Raz, że sprzętu nie było na rynku, a dwa że był on bardzo drogi. A klub był biedny. Nie było butów, ram, szytek. A te szytki to była taka rzecz, która się najszybciej zużywała, bo wiadomo, że jak się jeździło, to jakieś szkło, gwóźdź i już dziura. Człowiek wtedy musiał się sam nauczyć wszystkiego, i rower naprawiać i dętkę zszyć i przykleić. Trzeba było kombinować.

 

Puściły hamulce

Te ubytki w sprzęcie i nieustanne awarie czasem stanowiły dla zawodnika nie lada wyzwanie. W jednym z górskich wyścigów Sławomir Mąka stracił na trasie hamulce, ale dojechał do mety.

– Pamiętam, że najpierw leżałem w kraksie, a potem pękła mi linka od hamulca. Zjeżdżałem z tych gór i miałem tylko jeden hamulec. Jakość zjechałem, ale jak sobie to dziś przypomnę, to dreszcze przechodzą… Dojechałem do linii mety, patrzę a ja nie mam też drugiego hamulca. W tym wyścigu miałem jeszcze awarię roweru i musiałem czekać na neutralny wóz techniczny.  Wtedy miałem super formę, noga podawała ale się nie ułożyło.  

mąka_czapka_narciarskaZawodnicy mogli też zapomnieć o oddychających ubraniach, które dzięki dopasowanym krojom pozwalają na osiąganie lepszych wyników czy o neonowych butach, które są lekkie i dopasowane do stopy.

– Buty letnie kolarskie to był kawałek skóry z dziurkami. Człowiek zakładał po dwie pary skarpetek, bo stopy w tym marzły strasznie. Czasem żeby je rozgrzać trzeba było się zatrzymać i trochę pobiegać. Dziś odzież oddycha, jest lekka, opływowa. I sprzęt zupełnie inny. Jak wejdę do sklepu sportowego to oczy mmi się świecą.

 

Izotonik z Vibovitu

– Bardzo ważna jest kwestia odżywiania – zauważa Sławomir Mąka. – Teraz się o tym dużo mówi, ale wówczas w sklepach nic nie było. Czekolad, bananów, nie mówiąc o żelach energetycznych.  Kiedyś to się brało cukier w kostkach na etap, czekoladę jak się znalazło w sklepach. Pamiętam, że picie robiło się z takich saszetek „Vibovitu” albo „Gronovitu”i przelewało się do bidonu. A najczęściej to była po prostu herbata z cytryną. Wiadomo,  teraz idzie się do sklepu i kupuje gotowy izotonik. Kiedyś tego nie było.

Droga na Łomżę

Choć dziś jest to nie do pomyślenia, bo ruch na tej drodze jest ogromny, kiedyś ulubioną trasą ostrołęckich kolarzy była trasa na Łomżę. Trening kończył się najczęściej przy znaku z napisem „Łomża” lub nieco dalej – w Zambrowie. Była to wówczas droga najlepsza z dostępnych, a samochód pojawiał się na niej raz na godzinę i trenujący kolarze absolutnie nie musieli się czuć zagrożeni.

Treningi odbywały się niemal codziennie, a zawodnicy przejeżdżali średnio 60 kilometrów. Oczywiście zdarzały się dni, kiedy było to 40 km przy tzw. rozjechaniu albo nawet 80, jeśli plan treningowy ułożony przez Kazimierza Górskiego tego wymagał.

Były również ograniczenia. Zawodnicy musieli np. zapomnieć o letnich kąpielach w rzekach czy na basenie. Woda, jak powszechnie wiadomo, „wyciąga” z organizmu siłę i organizm nie regeneruje się tak szybko. Łatwo nie było.

– Pamiętam jak kiedyś na treningu ze zmęczenia spałem na przystanku autobusowym. Tak nie miałem siły jechać, że zatrzymałem się, usiadłem i spałem na siedząco chyba z pół godziny – wspomina Sławomir Mąka. – Kiedy byłem na obozie kadry Polski i moim trenerem był Stanisław Szozda, to on miał taką maksymę, że jak chce się wygrywać, to trzeba dać z siebie wszystko i jeszcze trochę. I w zależności od tego kto da więcej tego trochę, ten wygrywa.

 

Służba nie drużba

W 1983 roku Sławomir Mąka został Mistrzem Polski Juniorów w kolarstwie szosowym. Był to drugi zawodnik wychowany przez trenera Kazimierza Górskiego, który sięgnął po ten tytuł. Niestety, jego kariera nie miała szans na dalszy rozwój, mimo że był niezwykle utalentowanym zawodnikiem.

mąka_maraton_biegnie

– Po zdobyciu tytułu Mistrzem Polski juniorów dostałem powołanie do kadry Polski, byłem na obozach, ale w klubie była bieda – wspomina z żalem Sławomir Mąka. – Żeby taki zawodnik mógł się dalej rozwijać, klub musiałby pomóc. Czy to finansowo, czy sprzętowo, czy finansując zgrupowania. A w Ostrołęce zawsze był z tym problem. Jak sukcesy były to było brawo, a potem wszyscy zapominali. Nigdy nie było tego klimatu, żeby przejść z  etapu juniora do seniora, żeby można się było dalej rozwijać. Była taka opcja, że mogłem przejść do Legii Warszawa, ale doszło do nieporozumień w klubie, zdenerwowałem się i poszedłem do czynnej służby w wojsku.

Tam o kolarstwie musiał zapomnieć na dwa lata. Dowódca jednostki, do której trafił, nie zgodził się na jego treningi na rowerze. Pozwolił mu za to biegać. Tak rozpoczęła się druga pasja pana Sławomira, która trwa do dziś. Ma on już na swoim koncie liczne maratony, półmaratony i biegi.

Anna Siudak

mąka_maraton_podium

 

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.