Z przedsionka nieba – wywiad z siostrą Michaelą Rak

Siostra Michaela rak nie zna litewskiego ani rosyjskiego, jak twierdzi przez polski patriotyzm. Mimo to kiedy przełożeni tak zdecydowali otwarła pierwsze i jak dotąd jedyne na Litwie hospicjum. Od trzydziestu lat pomaga chorym na raka, wszak nazwisko zobowiązuje, przejść na drugą stronę.

siostra Michaela

Redakcja: Czy to prawda, że najwięcej można się nauczyć umierając.

Siostra Michaela: Tak. Człowiek, który stoi na granicy tego życia i przyszłego on już nie ma makijażu, nie zakłada masek. On jest w pełni prawdziwy, w pełni pokazuje jakie wartości w życiu są tymi głównymi, z których nie mamy prawa rezygnować, i których nie mamy prawa rozmieniać na drobne. To na pewno będzie rodzina, ktoś najbliższy, słowo prawdy, przeproszenie, prośba o wybaczenie, przyznania się do własnych błędów. Po prostu prawda, miłość i wierność to są te wartości, które u kresu życia są najważniejsze. My często zakłamujemy, tuszujemy, ja to określam właśnie makijażem i maską. Żyjemy w takim wewnętrznym zniewoleniu, które sobie nakładamy. Tego się uczę.

R: Czy śmierć może spowszednieć, kiedy obcuje się z nią na co dzień?

S M: Każde życie jest inne i każda śmierć jest inna. Może to się wyda czymś banalnym, ale nie tak dawno dwóch mężczyzn w sali hospicyjnej oglądało program publicystyczny w telewizji litewskiej. Po tym programie rozpoczęła się między nimi dyskusja. Jeden z nich był już bardzo słaby i mieli różne zdania na temat programu. Jeden z nich w końcu mówi – a dajmy już spokój, jutro po śniadaniu pogadamy. A ten słabszy wtedy mówi: słuchaj, ja mogę jutro nie żyć. Dokończmy dziś. Czy to nie jest lekcja? Bardzo często śpieszymy się, albo blokujemy, zamykamy. Oni dokończyli tę rozmowę i rzeczywiście tej nocy ten człowiek umarł.

Nie tak dawno była u nas dziewczynka przywieziona z domu dziecka. Miała jeszcze dwoje rodzeństwa, czternaście lat. Mówi do mnie: siostro ja przed śmiercią, mam takie pragnienie. Niech mi siostra pomoże spełnić. Chciała przejechać się ulicami Wilna taką limuzyną jak pary do ślubu jadą. Żeby była czadowa muzyka, popcorn i coca-cola. I żeby w tej limuzynie były najbliższe mi osoby, moje rodzeństwo, opiekunka z domu dziecka, siostra Michaela i jedna z pielęgniarek. Wtedy ja do niej mówię: kochanie, a twoja mama? Mama siedziała pod ścianą, na taboreciku. I ona patrząc w oczy tej mamie mówi: ale ja nie mam mamy.  Więc ja ją przycisnęłam do serca i tłumaczę: kochanie masz mamę, a ona: Nie, ja nie mam mamy. Mama była pijana w tym momencie. Szukała wcześniej tak po ludzku swojej pozycji w życiu. Miała kilku mężów, z każdym dziecko. Potem zżarły ją wyrzuty sumienia i zaczęła pić. Dzieci zostały jej zabrane. Na pogrzebie też była pijana. Trzeba zrozumieć ból tej dziewczynki.

R: Jak reagują ludzie na wyrok, jakim jest diagnoza rak bez szans na wyleczenie?

S M: Nie wszyscy są świadomi. W człowieku jest zawsze taka przeogromna wola życia, że oni nie myślą o śmierci, oni myślą o życiu. W pewnym momencie dochodzi taki etap świadomości, że zaczynają przegrywać. Jest pięć etapów odchodzenia. Na początku człowiek zaprzecza, wmawia że lekarz się pomylił, potem etap walki o życie, a potem etap kiedy choroba wygrywa. Wtedy pojawia się depresja, próby samobójcze. Wtedy człowiek czuje się bardzo samotny. Od tego właśnie są hospicja, by uświadomić człowiekowi, że nie jest sam. My mu zapewniamy wszystko. Kiedy czuje pewność, że wszystko jest pod kontrolą zaczyna sam wszystko porządkować i przychodzi etap pogodzenia się ze śmiercią. Łatwiej się umiera osobom wierzącym, oni najłatwiej przechodzą te trudne, pierwsze etapy. To jest to piękno, że człowiek kiedy nie jest sam żyje do końca. Kiedy ktoś jest sam, w momencie otrzymania diagnozy każdy jego dzień jest umieraniem. A hospicjum robi to coś, że od tego momentu zaczyna się życie.

R: Założyła siostra pierwsze i jak dotąd jedyne hospicjum na Litwie. Jak siostra myśli, dlaczego wcześniej nie było takiej instytucji?

S M: Ja nie potrafię na to pytanie odpowiedzieć. Ponad dwadzieścia lat temu doktor Jacek Łuczak, współzałożyciel Hospicjum “Palium” w Poznaniu jeździł na Litwę, spotykał się ze środowiskami medycznymi. Ale nie doszło to do skutku. Nasze jest jak dotąd jedyne. Teraz przechodzimy trudny etap, bo do parlamentu litewskiego wpłynął oficjalny  wniosek o eutanazję. Nasza nowa minister zdrowia w wypowiedzi dla mediów powiedziała, że trzeba podjąć ten temat i że ona wyznaje zasadę że osoby starsze, chore, niepełnosprawne, biedne i chore dzieci powinny być poddawane eutanazji. To jest coś dla mnie nie do przyjęcia. My jako środowisko hospicyjne będziemy podejmować działania na szerszą skalę, żeby uświadomić, że eutanazja nie jest rozwiązaniem. To jest morderstwo, samodegradacja społeczeństwa. Eliminacja tego co jest trudne nie jest dobrą drogą.

R:A czy siostra nigdy nie spotkała się z prośbą o śmierć?

S M: Przez wiele lat kiedy pracowałam w hospicjum w Gorzowie nigdy nikt nie poprosił o to. Zawsze było „chcę żyć”. W oczach, w gestach, w słowach. Natomiast na Litwie już wielokrotnie słyszałam: ja już nie mam siły, może wy lepiej mnie zabijcie. I w tych słowach było rozpaczliwe wołanie o pomoc.

R:Macie jedynie czternaście miejsc, więc ponad sześćdziesiąt osób odwiedzacie w domach. A co z finansowaniem?

SM: Część środków zapewnia nam państwo, na Litwie jest to Kasa Chorych. Ale to kropla w morzu potrzeb. Co miesiąc potrzebujemy 140 tysięcy złotych. Państwo daje 38, 39 tysięcy. Pozostałe 100 muszę uzbierać. Robię wszystko co jest możliwe żeby je znaleźć. Parafie w Polsce, księża w Polsce, osoby fizyczne z różnych krajów. Do listopada tego roku mamy zapewnioną płynność finansową. Co będzie potem, w grudniu, styczniu nie wiem.

R: A akcje takie jak wymyślone przez siostrę „Pola nadziei”?

S M: To jest już teraz akcja ogólnopolska. Sadzimy symboliczne żonkile, a dochód idzie na hospicja. Na Litwie ruszyliśmy z tym w tym roku, ale to jeszcze bardzo wczesny etap. Powoli rozwijamy zbiórki publiczne. Czasem dzieci organizują akcje w szkole, albo w kościołach są akcje wielkopostne. Polonia amerykańska zorganizowała w Nowym Jorku bal walentynkowy, na który zostałam zaproszona. Oni kupili mi bilet. Zbierałam też pieniądze za tańce, 10 dolarów. W pewnym momencie podeszła kobieta, w pięknej czerwonej sukni i dała mi 100 dolarów za taniec. Wzięłam do ręki mikrofon i mówię do ludzi – kto w tej parze ma być mężczyzną. Jeden z panów opowiedział, że ja, bo mam czarny garnitur.

Teraz dzięki wydawnictwu Informedia, które przygotowała dla nas pocztówki z Wilna będziemy prowadzić akcję „Kocham Wilno i wspieram hospicjum”. Każdy będzie mógł wziąć kartkę i wrzucić ofiarę.

R: Czy staracie się żeby ludzie przebywający w hospicjum choć na chwilę zapomnieli, że umierają?

S M: Nie. Chcemy żeby cały czas były świadome swojej sytuacji. Ale jednocześnie nie chcemy żeby świadomość tej choroby nie przygłuszała innych aspektów ich  życia. Dlatego wymyśliliśmy akcję „Roczek dla hospicjum”. Były tańce, śpiewy. Kobieta, która była na wózku inwalidzkim mówi: jak ja bym chciała zatańczyć. Nie mogła, ale ja jestem taką mocną siostrą, więc objęłam ją wpół i podniosłam. Zaczęłyśmy tańczyć. Potem na ręce wzięli ją wolontariusze. Trzeba było widzieć radość w oczach tej kobiety.  Z kolei w święta na stole pojawił się koniak. Każdy dostał po kieliszku. W takich sytuacjach on ma zupełnie inny smak. Wyjątkowy.

R: Czy ludzie boją się śmierci?

S M: Może nie samej śmierci, ale tego jak to będzie. Pamiętam sytuację pacjenta, który umierał i ja z rodziną, z pielęgniarką siedziałyśmy przy nim. Wtedy ważna jest ta bliskość, mówienie, głaskanie, trzymanie za rękę. To było spokojne pożegnanie. Za chwilę ten pacjent zmarł. Kilka godzin później pacjent z łóżka obok pyta mnie: siostro, a kiedy ja będę umierał będzie tak samo. Opowiedziałam, że sądzę że tak. On na to: to dobrze, to już mi jest lżej, ale wiesz co kiedy ja będę umierał ty odejdź ze mną. Wytłumaczyłam, że nie mogę tej prośby spełnić, bo każdy ma swój czas. Ale będziemy razem. Za jakiś czas ten pacjent umierał, przez kilka dni nie było z nim kontaktu. I on wyciągał ręce przed siebie czując niepokój. Poszłam do lekarza, bo sądziłam, że jego coś boli. Okazało się, że nie. Pytałam księdza. Wtedy przypomniało mi się, że obiecałam, że będę z nim. I rzeczywiście poszłam, objęłam go wpół, żona z drugiej strony. Powiedziałam mu, że go kochamy i chociaż nie umrzemy z nim to z nim jesteśmy. I że żegnamy się nie na zawsze, ale tylko na moment. I rzeczywiście to drżenie ustało, on się wyciszył i za chwilę nastąpiło to przejście do wieczności. My pomagamy pokonać ten lęk przed niewiedzą.

Pamiętam też kobietę, która całe życie była zawodowym żołnierzem. Chciała przyjąć śmierć na stojąco. I też długo nie było z nią kontaktu, ale była niespokojna. Nie mogła odejść. Podnieśliśmy ją. Wiedziałam, że ona umiera. Trwało to kilka minut, my ją trzymaliśmy i ona w takiej pozycji zmarła. Potrzebowała naszej siły, żeby odejść tak jak chciała. I po to właśnie są hospicja.

R: A co z takimi ludzkimi potrzebami jak fryzjer, kosmetyczka? Czy ludzie przed śmiercią o tym myślą?

S M: Tak, ale nie muszą prosić. My na stałe zatrudniamy panią, która maluje paznokcie, fryzjera. Pan, który chciał pojechać motorem, ale nie potrafił pojechał nim. Chłopiec, który chciał przelecieć się wojskowym samolotem zrobił to. Zawsze realizujemy te marzenia.

R: A czy zdarza się, że ktoś kto trafił do was, by odejść jednak przeżył? Czy jest czasem nadzieja?

S M: Nadzieja jest zawsze. My w hospicjum nie dajemy fałszywej nadziei, ale też nie zabijamy tej która jest. Zdarza się, że coś co ze strony medycznej jest niemożliwe, ale się zdarza. Wyzdrowienie. Pamiętam dwie takie sytuacje, zbliżone czasowo. 21-letnia dziewczyna przywieziona ze szpitala. Właściwie choroba nowotworowa nie była aż tak rozwinięta, była szansa na wyzdrowienie. Po terapiach. Ona jednak leżała tylko w łóżku, patrzyła na komórkę. Nie chciała jeść, wyjść, leczyć się. Jej mama powiedziała mi, że ona miała chłopaka, ale rzucił ją kiedy dowiedział się o chorobie. Ja go odnalazłam. Mówię do niego – przyjdź, nie mów, że ją kochasz, nic nie musisz jej obiecywać, tylko przyjdź, zapytaj jak się czuję. On mi odpowiedział – co pani, ja potrzebuje żony, a nie trupa. I wiedziałam, że on już umarł, duchowo, że już nie ma w nim ludzkich odruchów. On nie przyszedł i ta dziewczyna bardzo szybko zmarła. Bo nie miała miłości, tam była taka niechęć do życia. W tym samym prawie czasie  podobna historia. Młoda para, w sierpniu miał być ślub, w maju u niej stwierdzono nowotwór więc ślub odwołany. Są lata walki, jedna, druga, trzecia operacja, jeden, drugi, trzeci szpital. W końcu trafia do hospicjum. Pamiętam sytuację, że ona leżała w łóżku, po jej policzku chodziła mucha i ona była tak słaba, że nie miała siły jej odgonić. Do niej codziennie przychodził narzeczony. Szedł do pracy, potem do hospicjum, wychodził koło północy. Szedł się przespać i kolejnego dnia to samo. Któregoś dnia, kiedy z nią już było naprawdę źle szłam korytarzem i słyszę ich rozmowę. On mówił – weźmy ten ślub. Ona nie chciała, mowiła, że przecież umiera. A on na to – ale umrzesz jako moja żona. Wzięli ślub. Pielęgniarki zrobiły składkę za suknię ślubną. W kaplicy hospicyjnej. W naszej salce było wesele. Podczas przyjęcia poprosili, że włączyć jakąś muzykę, cokolwiek. Wzięłam pierwszą, lepszą płytę. To było Anna Jantar. Zamarłam kiedy z głośników popłynęły słowa „Nic nie może przecież wiecznie trwać, co zesłał los, trzeba będzie stracić. Nic nie może przecież wiecznie trwać, za miłość też kiedyś przyjedzie nam zapłacić”. Pan młody wziął pannę młodą na ręce, zaczęli tańczyć. Po kilku tygodniach ona zaczęła siadać, zaczęła jeść. Cały personel na baczność. Rehabilitacja. Po kilku miesiącach wypisaliśmy ją. Mają w tej chwili dziecko, mają dom. Ona żyje, choć od strony medycznej to było niemożliwe ale miłość, którą dostała dała jej siłę.

R: Można to uznać niemal za cud…

S M: I to jest cud kiedy człowiek staje przy człowieku i pojawia się miłość. I to jest cud.

Jeśli podoba Wam się to co wileńskie hospicjum robi dla cierpiących ludzi i chcielibyście pomóc możecie to zrobić wpłacając pieniądze. Oto dane do przelewu:

„Hospicjum bł.ks. Michała Sopoćki“
ul. Rossa 4
LT-11350 Wilno, Litwa

Nordea Bank Finland Plc Lietuvos skyrius
Kod Banku: 21400
Kod BIC, SWIFT: NDEALT2X
LT83 2140 0300 0285 6355 LTL
LT23 2140 0300 0285 6368 EUR
LT39 2140 0300 0285 6371 USD
LT76 2140 0300 0285 6384 PLN

Anna Siudak

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.