W wesołym PeGeErze (239)

Niektórzy twierdzą, że Lenin nie jest żywy. Są i tacy, którzy uważają, że nie ma już PeGeErów. O święta naiwności! PeGeEry są i mają się świetnie. Tylko, że – tak jak krasnoludków – często ich nie zauważamy. Redakcja przybliży Czytelnikom życie jednego z nich. Podobieństwo do znanych osób, miejsc i faktów jest zamierzone i zupełnie nieprzypadkowe.

PGR 239

Śliczna Pani Joasia stała przy oknie i z lękiem wyglądała na zewnątrz. Mimo tego lęku nie mogła oderwać wzroku od nowej armaty, którą Jasio ustawił niedawno na najważniejszym placu PeGeeRu. Armata skierowana była wprost w okna gabinetu Stasia Wiaderki, którego Jasio nie darzył wielkim szacunkiem. Może dlatego, że Wiaderko zrobił doktorat, a Jasio, tuż przed ich zakończeniem, rzucił studia. A może dlatego, że od pewnego czasu zaczęły po PeGeeRze chodzić słuchy, że Wiaderko knuje jakby tu zamienić swój gabinet na gabinet Jasia. Mniejsza zresztą o to, z jakich powodów Jasio nie przepadał za Wiaderkiem, jakie by one nie było, to jeszcze nie powód, żeby celować w jego okna z nowiutkiej armaty. Tak mniej więcej myślała sobie Śliczna Pani Joasia, kiedy z tego zamyślenia wyrwało ją pukanie do drzwi.
– Proszę – powiedziała bez namysłu Śliczna Pani Joasia. I dopiero wtedy uświadomiła sobie, cóż to było za pukanie! Tak pukać mógł tylko on! – Proszę, proszę, proszę!!! – wykrzyknęła Pani Joasi najserdeczniej i najczulej jak umiała, chcąc w ten sposób zatrzeć wrażenie jakie musiała zrobić na nim tym pierwszym, zwykłym, banalnym „proszę”.
I chyba zatarła, bo wszedł do gabinetu uśmiechnięty.
– Witam cię – rzucił z właściwym sobie czarem od drzwi.
Pani Joasia nie odpowiedziała. On, prawdę powiedziawszy, odpowiedzi się nawet nie spodziewał. Wiedział jakie robi wrażenie na kobietach i zdawał sobie sprawę, że te muszą za każdym razem dochodzić do siebie przez dłuższą chwilę. Dżentelmeńsko dał Ślicznej Pani Joasi taką właśnie dłuższą chwilę, by po niej, przejść do rzeczy.
– Ja do Jasia – zakomunikował oficjalnie, niemal oschle, Aruś Diabelski, bo on to był właśnie w gabinecie we własnej osobie.
– Przecież wiem, że nie do mnie! – okazało się, że dłuższa chwila była jednak za krótką, żeby dziewczyna całkiem doszła do siebie. Wyraźnie jeszcze nie panowała nad sobą, na co wskazywał choćby ton jej głosu, niebezpiecznie zbliżający się do histerycznego. – Ty nigdy nie przyjedziesz do mnie!!! Tylko Jasio i Polska! Polska i Jasio! A ja? A moje uczucia?!
Aruś Diabelski uśmiechnął się tylko. Nie za bardzo jednak, żeby dziewczyna przypadkiem nie zrozumiała tego opacznie.
– Nie zapominaj o prezesie! – niemal ją skarcił.
Śliczna Pani Joasia, która przed chwilą wyrzuciła z siebie całą złość i ból, była już tak pusta w środku, że tylko machnęła ręką. W gabinecie zapanowała kłopotliwa cisza. Na szczęście nie na długo, bo w tej właśnie chwili drzwi otworzyły się i stanął w nich Jasio Pieski.
– No jesteś wreszcie! – wykrzyknął na widok swojego najlepszego przyjaciela. – No mów szybko! Załatwiłeś?
– Załatwiłem – Aruś Diabelski uśmiechnął się jakby właśnie wrócił z wygranej potyczki z Moskalami.
– Wszystko, o co prosiłem?
– Prawie wszystko…
– Wiedziałem! Wiedziałem! – Jasio nieoczekiwanie wybuchł płaczem. – Nawet na prezesa nie można liczyć! Znikąd pomocy! A ja tu sobie żyły wypruwam, a ja tu…
– Uspokój się – wszedł mu w słowo Aruś Diabelski. – Przecież mówię, że prawie wszystko załatwiłem! Czy ty sobie wyobrażasz, że prezes jest wszechmocny i może wysłuchać każdego i każdego prośby spełnić?
– Tak właśnie myślę! – Jasio spojrzał swojemu przyjacielowi prosto w twarz. – Tak właśnie myślę i w to wierzę, i w tej wierze nie ustanę! – wypowiedział uroczyście.
By po chwili zastanowienia, dodać z nabożeństwem i z największą pokorą na jaką go było stać:
– Ale jako ten Hiob zaiste przyjmę każdy wyrok prezesa, choćby z mojego, człowieczego i grzesznego punktu widzenia był niesprawiedliwy. Bo wiem, że dla Polski będzie dobry! – zaakcentował. – Mów, czego ci się nie udało załatwić.
– Prezes nie zgodził się, żeby rząd, po naszym oczywistym i spodziewanym zwycięstwie sfinansował budowę kościoła na osiedlu Kwiatowym – Aruś wiedział, że trzeba ten konieczny cios zadać Jasiowi szybko, żeby jak najmniej bolało.
Bolało jednak bardzo, bo Jasio aż się skurczył.
– Ojej, ale dlaczego – wbrew wcześniejszym zapowiedziom nie przyjął tego jednak z pokorą.
– Dlaczego? Dlaczego? Nie wiem! Może prezes uznał, że jego rząd nie będzie budował kościołów.
– Jak nie będzie?! – Jasio był bardzo daleki od pokory. – Przecież nawet ten rząd, niech będzie przeklęty, dał na świątynię opatrzności.
– No i może właśnie dlatego, następny nie będzie. Nie wiem zresztą. Poza tym to może byś się w końcu uspokoił i raczył wysłuchać co załatwiłem.
– No może i tak – zgodził się Jasio. – Zresztą nic straconego. Basen sam wybudowałem to i kościół wybuduję. Mów co prezes obiecał.
– Da pieniądze na muzuem! – Aruś ogłosił triumfalnie. I żeby znów nie dopuścić do jakiegoś porozumienia, szybko mówił dalej. – Ale stawia jeden warunek.
– Jaki?
– Do czasu oczywistej i spodziewanej zmiany rządu musisz robić tak, żeby niczego nie było. Bo na razie wszystko idzie na konto tego rządu…
– Niech będzie przeklęty! – wtrącił Jasio.
– Niech będzie! – przytaknął Diabelski. – Czyli mówiąc krótko, nic nie rób i niczego nie buduj.
– Wydaje mi się, że to się da zrobić – Jasio podrapał się w głowę. – I to nawet nie zmieniając przyzwyczajeń…

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.

podobne wiadomości

Podziel się