To moja droga

Nasza tegoroczna akcja dobroczynna „Pomagamy Mikołajowi” rozpocznie się już na dniach. W tym roku na łamach „Rozmaitości Ostrołęckich” pokazujemy ludzi zaangażowanych w tę akcję, wierząc że dzięki temu kolejne osoby i instytucje zaangażują się w „pomaganie Mikołajowi” czyli spełnianie bożonarodzeniowych marzeń dzieci z ubogich rodzin. W poprzednim numerze pisaliśmy o Dorocie Drozdowskiej-Szymborskiej, ostrołęczance, założycielce Fundacji „Drabina Rozwoju”. Dziś rozmawiamy z Rafałem Piersą, właścicielem Agencji Informedia – wydawcy „Rozmaitości Ostrołęckich”

moja droga 1

Po co Panu ta akcja? Jest przecież tyle instytucji powołanych do pomocy potrzebującym. Pomoc społeczna ma profesjonalnych pracowników, struktury, biura, pieniądze. A Pan organizuje taką pomoc, że tak powiem, „z partyzanta”….

– Może zabrzmi to naiwnie, albo banalnie, ale tak naprawdę jest. Coroczną akcję „Pomagamy Mikołajowi” organizuję z potrzeby serca. Uważam przy tym, że zwykła spontaniczna pomoc płynąca od ludzi do ludzi jest znacznie bardziej wydajna niż pomoc świadczona przez urzędy. Choćby z takiego powodu, że zwykli obywatele nie są tak skrępowani procedurami jak urzędnicy. Wprawdzie w tej akcji tam gdzie się da współpracujemy z ośrodkami pomocy społecznej, które pomagają nam weryfikować sytuację materialną dzieci proszących o prezenty. Nie zmienia to jednak mojego przekonania, że wolni ludzie mogą pomagać innym na wszystkie sposoby, które nie są zakazane. Forma i zakres pomocy jest całkowicie dowolna. Urzędnikom natomiast wolno zrobić tylko to, na co wprost pozwalają im przepisy. Inny też jest rodzaj satysfakcji, gdy bezinteresownie ofiarowujesz swój czas, pieniądze i umiejętności, niż gdy w zamian za stałą pensję dystrybuujesz zasiłki. Nie oceniam czy jest to większa czy mniejsza satysfakcja. Na pewno jest inna. Wiem to, choć nigdy sam nie pracowałem za stałą pensję na etacie. Zawsze byłem, że tak powiem, na swoim.

Czy to prawda, że pierwsze interesy rozpoczął Pan już jako dziecko?

– Tak, zacząłem dość wcześnie. Miałem 12 lat kiedy przeprowadziłem pierwsze młodzieńcze transakcje. Początkowo w obrocie były kasety komputerowe. Taki przedpotopowy nośnik danych, starszy jeszcze niż dyskietki. Zacząłem nagrywać na kasetach programy na Commodore 64, a potem je rozprowadzałem. Szybko zrozumiałem, że można na tym zarobić. Sam projektowałem okładki i opakowania do kaset. Szło mi dość dobrze. Więc rozszerzyłem działalność…

… i zaczął Pan zapewne sprzedawać komputery.

– A właśnie, że nie, bo buty sportowe. Już w ósmej klasie szkoły podstawowej (odpowiednik obecnej drugiej klasy gimnazjum – przyp. red.) jeździłem po nie do Radomia. Produkowano tam kultowe wówczas młodzieżowe buty – sofiksy. Pamiętam do dziś, że o 3.43 miałem autobus MZK na stację PKP, a potem pociągiem jechałem do Radomia. Brałem wielką torbę i kolegę do pomocy. Jak mieliśmy pełną torbę to wracaliśmy, i na rynek, żeby to sprzedać. Mama nie była zachwycona moimi pomysłami.

A szkoła?

– Do połowy technikum nie miałem większych problemów z nauką. Potem oszołomiony sukcesami w zarabianiu pieniędzy przyjąłem taką postawę, że wystarczy mi abym zdawał z klasy do klasy. To mi wtedy wystarczało. Człowiek był młody i głupi, ale rozumiem to dopiero z perspektywy czasu.

A jak to się stało, że został Pan najmłodszym mieszkańcem Ostrołęki, który założył działalność gospodarczą?

– Już w drugiej klasie technikum wymyśliłem, że będę sprzedawał akcesoria komputerowe. Miałem własną budkę na rynku, potem sklep Amigos przy kościele poklasztornym, następnie hurtownię z pokaźnym regionem sprzedaży. Nie miałem jeszcze osiemnastu lat kiedy zgłosiłem w urzędzie miasta prowadzenie działalności. Pani poprosiła o dowód osobisty, a ja go jeszcze wtedy, nie miałem. Ale zarejestrowała moją pierwszą firmę, a resztę danych uzupełniła gdy dostałem już dowód. Niedawno byłem w urzędzie i spotkałem tę kobietę. Okazało się, że mnie pamięta, bo jestem najmłodszą osobą w mieście, która założyła działalność gospodarczą.

Jak taki młody człowiek wytrzymywał to obciążenie? Przecież realne interesy to nie gra w Monopol.

– Trudności zawsze były dla mnie wyzwaniem ale nie obchodziło mnie co wypada, a co nie. Robiłem swoje i chciałem to robić lepiej. Ja zawsze o wszystkim decydowałem, załatwiałem, chodziłem i przekonywałem. Było mi ciężko, bo wszystko chciałem robić sam i do nikogo nie miałem zaufania. Ta źle rozumiana samodzielność została mi na długo. Dopiero od kilku lat nie mam problemu, żeby podzielić się z kimś pracą, czyli jak to się ładnie mówi w teorii zarządzania, uczę się delegować zadania. Ale tamten czas wymuszonej samodzielności wiele mnie nauczył.

A jak się Pan nauczył wydawać gazetę? Jak w ogóle wyglądała ta droga od kaset z grami do agencji reklamowej, wydawnictwa i drukarni?

– Interes ze sprzedażą programów komputerowych skończył się gdy weszła w życie ustawa Prawo autorskie. W 1998 roku kupiłem biuro ogłoszeń Informedia. Część pieniędzy dostałem z urzędu pracy. Szybko rozszerzyłem działalność o drukarnię i agencję reklamy. Po roku rozpocząłem drukowanie „Przeglądu Gospodarczego” – gazety z reklamami. Jednocześnie zacząłem powoli tworzyć „Rozmaitości”. Początkowo to była tylko wkładka w „Przeglądzie”, cztery strony. Potem stała się samodzielnym tytułem. „Rozmaitości Ostrołęckie” są dziś jedną z najstarszych, nieprzerwanie ukazujących się bezpłatnych gazet w Polsce. Wielkie i nieocenione zasługi w jej powstaniu ma Marcin Żerański – rysownik, publicysta i grafik. Poza tym kolega.

Kiedy w Panu, przecież przedsiębiorcy nastawionemu na pomnażanie zysków, narodził się społecznik?

– Kluczowe było dla mnie dziesięć ostatnich lat. Przez całe życie byłem wojownikiem. Do życia podchodziłem niezwykle agresywnie i roszczeniowo. Dziesięć lat temu poczułem, że się wypaliłem. Postanowiłem zmienić swoje życie. Najpierw zrobiłem badania. Okazało się, że mam złe wyniki, więc zmieniłem styl życia. Od ponad dwóch lat jestem wegetarianinem. Zacząłem ćwiczyć jogę. Doświadczam radości życia. Wreszcie czuję się na swoim miejscu w tym świecie, choć wciąż jestem w drodze. A myśl o pomaganiu innym przyszła mi do głowy kilka lat temu w Wigilię Bożego Narodzenia. Od cioci Reni usłyszałem o potrzebującej rodzinie mieszkającej w Myszyńcu. Przez przypadek trafiłem do nich na Wigilię. To wydarzenie niezwykle na mnie wpłynęło. Do dziś każdą Wigilię i rozwożenie prezentów zaczynam od domu Danusi. Od tamtej pory przyjaźnimy się i pomagamy sobie. Przez rok myślałem nad tym jak można pomóc takim rodzinom. Potem zacząłem tym zarażać innych w Informediach. Razem opracowaliśmy jak to może wyglądać i w 2008 ruszyliśmy. Muszę powiedzieć, że przez cały czas swojej aktywności na różnych polach miałem szczęście do ludzi z którymi współpracowałem i współpracuję. Załoga Informediów stoi na wysokości zadania i co roku z sercem angażuje się w akcję, nie zaniedbując przy tym swoich podstawowych obowiązków.

Dlaczego akcja polega na pisaniu listów do Mikołaja?

– Chcieliśmy trochę dzieci zmobilizować do działania. To by było za proste gdybyśmy tylko rozwieźli prezenty potrzebującym. Dzieci z domów, gdzie jest niedostatek często myślą, że nie warto czegoś robić, bo to i tak niczego nie zmieni. My chcieliśmy żeby się postarały, bo od ich listu zależy czy dostaną prezent czy nie. Ja sam kiedyś pisałem listy, gdy byłem dzieckiem. Do Matchboxa i Lego. Chciałem żeby przysłali mi zabawki. Klocków ani resoraków wprawdzie nie dostałem, ale przysłali książeczki. Piękne, kolorowe, na kredowym papierze. Takich rzeczy w Polsce się wtedy nie drukowało. Katalogi z Lego czy Matchboxa były więc namiastką lepszego świata. Bo za lepszym światem wszyscy tęsknimy. Choć każdy ma zapewne inne wyobrażenie na temat tej lepszości.

Co jest najtrudniejsze w zorganizowaniu takiej dobroczynnej akcji?

– Wszystko jest trudne. Najtrudniejsza jednak jest myśl, że jakieś biedne dziecko może napisać do nas list, potem czekać na prezent, a nie uda się znaleźć darczyńcy, który mógłby mu ofiarować wymarzony prezent. Tego misia, albo samochodzik. To duże obciążenie psychiczne, ale zarazem i odpowiedzialność.

Czy ludzie chętnie pomagają?

– Tak, w zeszłym roku darczyńcy obdarowali ponad 700 potrzebujących rodzin. Niektórzy składają się po kilka osób, żeby kupić prezenty, o które dziecko prosi w liście, ale są też darczyńcy z naszego regionu i z Polski, którzy kupują po kilkanaście prezentów naraz. Co roku zgłasza się około 30 wolontariuszy do pomocy. Spędzają na miejscu i w terenie po kilka godzin dziennie, ale nikt nie narzeka. Chciałbym tu wyróżnić Sylwka Gawrycha. Jest też wiele innych osób. Są to osoby pomagające każdego roku po kilka godzin dziennie. Niezastąpionych, wspaniałych, jedynych.

Jest coś co chciałby Pan zmienić?

– Boli mnie czasami postawa niektórych pracowników gmin, którzy na miejscu powinni pomagać przy weryfikacji listów, lecz nie zawsze to się udaje. Jest to dla nas bardzo ważne, gdyż nie chcielibyśmy dopuścić do takich sytuacji by podczas rozwożenia prezentów okazywało się, że na podwórku stoi traktor za 200 tys., a rodzina wcale nie jest potrzebująca. Uważam za głęboko niesprawiedliwe zaliczanie prezentów z naszej akcji do dochodów rodziny. Naprawdę często zdarzało się tak, że jak jakieś dziecko dostało paczkę
z naszej akcji, to już żadnej większej świątecznej pomocy od gminnego ośrodka nie dostało. Właśnie dlatego, że dziecko zostało obdarowane przez nas. Chciałbym więc zmienić opieszałych pracowników na takich, na których pomoc będę mógł liczyć. Muszę jednak wspomnieć, że nie we wszystkich gminach są takie problemy. Od dwóch lat pomagają nam koordynatorzy gminni – wolontariusze którzy doskonale znają sytuację materialną rodzin w swojej okolicy.

O co dzieci najczęściej proszą?

– Po przeczytaniu kilku listów łatwo zauważyć, że dzieci częściej niż o sobie myślą o swoim rodzeństwie. Nie mają też wygórowanych wymagań. Zdarzają się oczywiście listy, gdzie dziecko prosi o komórkę czy komputer, ale takie najczęściej nie są spełniane. Dużo zależy tu od darczyńców. O wiele częściej są to misie, książki, gry planszowe no i słodycze. W tym roku worek z listami otwieramy 1 grudnia.

Część prezentów rozwozi Pan sam w Wigilię. Pamięta Pan jakąś szczególną rodzinę albo prezent?

– Dwa, trzy lata temu zawoziłem gitarę do pewnej rodziny. Początkowo dzieci trochę się wstydziły i były nieufne. Kiedy wyszedłem usłyszałem tak głośny krzyk radości, że aż się mury trzęsły. Jeszcze nigdy nie słyszałem podobnego wybuchu radości.

Jakie ma Pan marzenie?

– Chcę być szczęśliwy.

A nie jest Pan?

– Powiedziałbym, że teraz wreszcie czuję się na swoim miejscu. Jestem bardziej świadomy i wolny. Ale to nie jest zakończony proces. Wciąż jestem w drodze.

 

moja droga 2

Rozmawiała Anna Siudak

Fotografował Michał Piersa

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.