Starość to nie wyszła Panu Bogu

Jest jedna rzecz, która Bogu nie wyszła – starość. Te słowa usłyszałem kiedyś z ust pewnego  sędziwego mężczyzny, który z  bólu na twarzy wypowiadał je podczas ciężkiej choroby. Taką smutną konstatację z pewnością potwierdzi coraz liczniejsza grupa seniorów.

06 starość

.

Opuszczeni, samotni, schorowani, często z rozgoryczeniem wspominają lata dawnej swej świetności. Rozliczają się z przeszłością, rozpatrują popełnione błędy i pogrzebane nadzieje. Niejednokrotnie klepią biedę, oszczędzają na wszystkim, żyją z dnia na dzień. Wszystkie ich dni są do siebie bliźniaczo podobne, bez uśmiechu, bez radości, bez nadziei.

W małej miejscowości, położonej malowniczo pomiędzy lasami i polami, stoi mały drewniany dom. Wchodzę przez starą skrzypiącą furtkę na zaniedbaną posesję. Potem pukam do drzwi głośno i długo, bo dzwonek nie działa. Drzwi otwiera mi starszy mężczyzna i zaprasza na herbatę do środka. W domu panuje względny porządek. Stare, ale dobrze zachowane meble, zdobią salon. Wysłużony dywan zakrywa spróchniałą drewnianą podłogę, częściowo już bez farby. W powietrzu unosi się specyficzny zapach. Zapach starości. Pan Eugeniusz zgodził się ze mną porozmawiać i opowiedzieć swoją historię. Kiedyś byłem kawał chłopa – mówi mi lekko przygarbiony i wychudzony mężczyzna.

Syn marnotrawny
– Kiedyś pracowałem na kolei, było bardzo ciężko, ale na wszystko wystarczało. Miałem troje dzieci i kochającą żonę. Było ciężko, bo i czasy takie były, ale jakoś ciągnęliśmy. Czasami myślę, że to ta rodzina wszystko trzymała. Chciało się pracować i do domu wracać. Ciężką pracą zarobiliśmy z żoną na ziemię i pobudowaliśmy dom. O tam, zobaczy pan –wskazuje na murowany dom w oddali. – W tym domu mieszkaliśmy na samym początku, potem postawiliśmy tamten. Jak dzieci dorosły, zaczęliśmy z żoną dzielić majątki. Podzieliliśmy chyba za wcześnie – dodaje. – Na stare lata zostawiliśmy sobie tylko ten dom i kawałek sadu, bo co mi więcej potrzeba w tym wieku? Niestety, rozczarowanie dziećmi przyszło bardzo szybko. Po przepisaniu działek i domu nikt nas nie odwiedza. Nasz syn, któremu oddaliśmy tamten dom, nawet na święta nie przyjdzie opłatkiem się podzielić. Tak sobie myślę, że jak bym tu umarł, to po kilku latach by mnie znaleźli, bo praktycznie żadne z dzieci nas nie odwiedza. Czasami tu zajrzy córka, ale ona jest w mieście, nie ma samochodu, żeby dojechać to i jest rzadko.

Do lekarza rowerem
– Kiedyś, jeszcze jak byłem trochę bardziej na chodzie, mój lekarz przepisał mi rehabilitację na biodro – kontynuuje wiekowy pan Eugeniusz. – Ten punkt rehabilitacyjny był kilka kilometrów stąd. Poszedłem do syna i poprosiłem, żeby mnie zawiózł. Na paliwo nawet chciałem mu dać. To mi powiedział, że samochód ma niesprawny. Tym autem codziennie  do miasta jeździ, ale starego ojca nie było komu zawieźć. Przez trzy tygodnie na te maszyny jeździłem rowerem. Miałem wtedy jakieś 79 lat. Byłem trochę młodszy. Teraz myślę, że za wcześnie te majątki podzieliliśmy. Wszystko oddaliśmy, a sami żyjemy bardzo skromnie. Dzieciom chcieliśmy pomóc, żeby im lepiej było niż nam. To tak nam podziękowali. Nawet nie ma komu podłogi naprawić i firanki zawiesić. Czuję się wykorzystany i niedobrze mi z tym. Drugim razem bym tak nie zrobił. Może by się dzieci jakoś bardziej starały.

Dzieci mi nie wyszły, ale wnuczki mam udane!
Na kolejną rozmowę wybieram się na Stację, która leży w granicach administracyjnych Ostrołęki. Pani Rozalia mieszka samotnie w niewielkim murowanym domu. Tu również wszystko jest stare, ale widać też jakieś nowe elementy. Małe drobiazgi ozdabiają dom. Pani Rozalia ma 82 lata, jest wdową i ma czwórkę dzieci.
– Nie mam męża – mówi. – Zmarł kilka lat temu, a dzieci się porozchodziły jak kociaki po świecie. Jedna córka za granicą siedzi, druga przeprowadziła się do Ostrowi Mazowieckiej. Za chłopem poszła. Dwóch synów mam pod bokiem. Do domu starców mnie chcieli oddać. Jeden do mnie przychodził codziennie. Dobrze wtedy było, ale on tylko o ziemi mówił. Chciał, żebym mu przepisała, bo mam tu niecały hektar. Drugi przychodził tylko po emeryturę. Nie powiem, bo mi pomagał i drzewa urąbał, i szafki pomył, ale prawie całą emeryturę mi zabierał. Jak przestawałam mu dawać, to przestał przychodzić. Łachudra jedna – dodaje ze złością. – Co tu począć, takie się chciwe ulęgły. Ale ja to sobie tak rozumuję, że kiedyś na nich przyjdzie pora, bo oni też dzieci mają i one im to wszystko tak samo wynagrodzą.  Żadne z dzieci się mną nie zajmuje. Teraz ciężko choruję i jestem po operacji. Załatwiam się pozaustrojowo, do takiego woreczka, który trzeba wymieniać raz na jakiś czas, jak się zapełni, a czasami to i szybciej. Sama nie daję rady, więc wnuczek mi pomaga. Dzieci mi się nie udały, ale wnuka mam wspaniałego. Te drobiazgi to on za swoje kupuje i mi przynosi. Jak mu dałam 200 zł to poszedł i mi zakupy zrobił. „Nie po to przychodzę” powiedział. Te woreczki to też on mi wymienia. Cała rodzina nie może, bo się brzydzi, albo czasu nie ma. Tylko on jeden ma czas i się nie brzydzi. Nie brzydzi się mnie – dodaje wiekowa kobieta ze łzami w oczach. – Bez niego nie wiem jakby to było.

Do domu starców – marsz!
– Kiedyś, jak byłam po tej operacji, to trzeba było się mną więcej zajmować – opowiada pani Rozalia. – Wnuczek to i lekcje ma, i szkołę, to nie mógł tak cały czas przy mnie siedzieć. Wtedy synowie trochę pomagali, ale oni niedobre są. Po dwóch tygodniach takiej dość intensywnej opieki obaj mnie chcieli do domu starców oddać. Wnuczek szkołę zarywał, a mnie nie oddał. Zresztą z tego oddania to im nic nie wyszło, bo się okazało, że mam za małą emeryturę i trzeba by dopłacić. To się i nie zgodziły, chciwe cholery.  Teraz jest dobrze, bo wnuk mi pomaga. Czasami to i księdza mi przywiezie na spowiedź i taką moją koleżankę raz na pół roku mi przywiezie. Ona trochę młodsza i bardziej na chodzie, to dlatego ona do mnie przyjeżdża – śmieje się.

Jedyny problem polega na tym, że ja tak długo żyję
Na kolejną rozmowę udaję się do pana Czesława, którego spotkałem w sklepie spożywczym i poprosiłem o rozmowę. Idziemy do jego mieszkania, blisko położonego od małego sklepiku osiedlowego. Wchodząc, zauważam mężczyznę w średnim wieku. Mówię dzień dobry, ale nie odpowiada.
– To mój kuzyn – oznajmia pan Czesław. Teraz pan jest jego wrogiem, bo przyszedł pan do mnie – mówi z wielką powagą na twarzy. – Ja praktycznie nie mam rodziny, drogi panie. Nigdy nie mieliśmy z żoną dzieci. Cały majątek to wielkie mieszkanie i samochód, który stoi w garażu już kilka lat nieużywany. Raz do roku może się nim przejadę, a może i nie. Ten tam „dobrze wychowany młodzieniec” to mój kuzyn. Po śmierci żony byłem bardzo przybity, a ten się tak zakręcił i mnie namówił na przepisanie tego mieszkania. Wtedy uważałem, że to dobry pomysł, wydawało mi się, że jestem już stary i przyda mi się pomocna dłoń. A tego przecież ze sobą nie wezmę. Ten, tam był najbliżej i czasami nas odwiedzał. Po przepisaniu mieszkania sytuacja się zmieniła. Może na początku nie było tak. Pomagał mi i się dogadywaliśmy. Po kilku latach kuzyn poznał jakąś panią. To rozwódka z dwójką dzieci i tak mu w głowie namieszała, że mnie na początku wyrzucić stąd chcieli. Jak się okazało, że nie mogą, on mi tu piekło na ziemi zrobił. Tej młodej damie nie pozwoliłem się tu wprowadzić z nieślubnymi dziećmi. Ona w grzechu żyje! Jak tak pod jednym dachem ze mną? Nigdy! Od tamtej pory zaczął się koszmar. Najpierw było proszenie, potem groźby. Teraz są wyzwiska, zaczepki i ciągłe dokuczanie. Bardzo często jak już śpię, on głośno puszcza muzykę, tak abym nie spał. Raz sąsiedzi na niego policję wezwali, ale miał wtedy minę – śmieje się staruszek. – Czasami jak widzi, że się zbieram do łazienki, to mi zajmuje i siedzi długo. Kiedyś pukałem i prosiłem, aby wyszedł, bo mi już pęcherz nie wytrzymuje, a on wie jakie mam problemy – to się w ogóle nie odzywał do mnie. W końcu nasikałem do umywalki. I niech sprząta, jak jest głupi.

Starszy człowiek spogląda daleko w okno i mówi jakby w letargu i mówi, że  czasami ma wrażenie, że jedyny problem polega na tym, że ja tak długo żyje.
– Niestety długość mojego życia zależy od woli Boga, a ja się bardzo dobrze czuje – śmieje się staruszek. Ale to chyba śmiech przez łzy. Staruszek, żegna mnie z uśmiechem na twarzy i zaprasza do siebie na kolejną pogawędkę. Przyjdę.

Opiekuję się mamą, bo tak trzeba!
Na koniec udaję się do domu w którym mieszka wielopokoleniowa rodzina.  Takich domów wciąż jest u nas wiele, chociaż systematycznie ich ubywa. W domu spotykam pięćdziesięcioletnią panią Irenę, która wraz z mężem zajmuje się swoją ponad osiemdziesięcioletnią mamą. W domu jest mnóstwo ludzi. Prócz pani Ireny, jej męża i mamy mieszkają tu dwie córki z rodzinami. Przy starszej pani siedzi jej ulubiona prawnuczka. Rozmawiają ze sobą. Ta rozmowa jest bardzo ciekawa, bo dziecko za bardzo nie rozumie, co mówi babcia, a babcia nie dosłyszy, co odpowiada dziecko. Jest bardzo wiele śmiechu z dziecka i babci.  Starsza pani Zofia – bardzo zadbana staruszka po kolejnej salwie śmiechu, zwraca się do mnie i mówi – „widzi pan jak mnie pozbadli” z szerokim uśmiechem na twarzy i bardzo kokieteryjnym tonem głosu. Po starszej pani nie widać wieku. Mam wrażenie, jakby była o dwadzieścia lat młodsza, Jest bardzo energiczna, wesoła i często żartuje. Przy tym jestem pod głębokim wrażeniem sprawności umysłowej. Pani Irena jest przy mamie praktycznie od zawsze.

– To jest mój obowiązek – mówi. – Kiedyś mama zajmowała się mną, pomagała mi jeść, chodzić, ubierać się. Teraz ja jej w tym pomagam. Czasami jest ciężko, bo pomimo ogólnie dobrego wrażenia, mama ma bardzo wiele chorób i czasami ciężko jest jej się nawet podnieść. Na szczęście ogólnie nie jest źle. Przeważnie wygląda to tak jak teraz, spotykamy się w centralnym punkcie domu i sobie żartujemy, często przy okazji innej pracy lub opieki nad maluchami. Jest wesoło, wzajemnie sobie tu pomagamy i tak żyjemy w zgodzie. Wiadomo, że jak wszędzie, czasami mamy jakieś scysje. Babci się coś nie podoba lub młodziakom, ale ogólnie w domu jest zgoda i dobra atmosfera. Rozmowę podejmuje ze mną również Magda, wnuczka pani Zofii. My naprawdę chętnie opiekujemy się babcią. Ona nas wychowała i nam wiele pomagała, a teraz my jej pomagamy. Ogólnie zobaczy pan, jak tu jest fajnie. My niedługo mamy się stąd wyprowadzić, bo pobudowaliśmy tu w pobliżu dom, ale będzie ciężko. Bo już pewnie nie będzie tak samo. Myślę, że będziemy tu co dziennie wracali do mamy i babci.  Jest to pierwszy dom, który opuszczam z tak pozytywnymi odczuciami

Kraj starych ludzi
Wszystkie dane statystyczne, jak też własne proste obserwacje wskazują, że starszych osób przybywa w całym kraju, również w Ostrołęce i najbliższych okolicach. Są tuż obok, a sprawiają wrażenie przezroczystych, niezauważalnych. Nie widzimy ich udręczonych oczu, rozedrganych dłoni, niepewnych gestów. Oburzamy się, słysząc o eutanazji w Belgii czy Holandii, ale w naszej katolickiej Polsce dopuszczamy się swoistej eutanazji społecznej na ludziach, których wcześniej wycisnęliśmy jak cytrynę.

Nie możemy znieść ich obecności, kiedy już oddali nam wszystko i nie mają nic do zaoferowania. Stają się wyrzutem sumienia, balastem, jarzmem, od którego chcemy się uwolnić za wszelką cenę, nawet jeśli przekraczamy przy tym granicę człowieczeństwa. Pani Zofia, mimo że nie potrafi samodzielnie się umyć i ubrać, jest szczęśliwa, bo otaczają ją ludzie pełni miłości. Ma swój dom i swoje miejsce na ziemi. Dla wielu innych przeznaczone jest miejsce na oddziale paliatywnym, samotność i pełne udręki oczekiwanie na śmierć.

Bartosz Podolak

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.