Refleksje handlowe

Moja młodość upłynęła w czasach kiedy stanowisko ekspedientki w uspołecznionym sklepie, osobliwie mięsnym, ale nie tylko, było pożądane i prestiżowe. Był to naturalnie skutek gospodarki niedoboru, kiedy na rynku było więcej pieniędzy i zainteresowanych zakupami klientów niż towarów.

FotowspomnieaRosnącym w liczebność Czytelnikom nie pamietającym tamtych czasów należy się kilka słów wyjaśnienia. W gospodarce niedoboru braki towarów były: powszechne, (czyli dotyczące wszystkich towarów), częste, intensywnie odczuwane, chroniczne i przedzielane krótkimi okresami nadmiaru. Te nadmiary różnych dóbr pojawiały się na przykład przy okazji dni książki (atrakcyjne tytuły), ważnych rocznic i wydarzeń (na festynach), świąt, np. Bożego Narodzenia (rzecz dotyczyła głównie cytryn, których transport śledzony był przez telewizyjnych reporterów, którzy donosili, że statek z cytrynami już wypłynął z portu, dawali relację z rozładunku statku w polskim porcie oraz informowali kiedy cytryny w wielkiej obfitości zostaną „rzucone na rynek”). Termin „rzucić na rynek” był tak powszechnie używany przez ówczesnych decydentów, że satyryk, Marian Załucki napisał nawet fraszkę: „ja do pana ministra w sprawie masła i szynek/ Może dać do sklepów, zamiast rzucać na rynek?”

Co mógł zrobić klient żyjący w epoce gospodarki niedoboru? Ano nie był w sytuacji bez wyjścia. Zależnie od sytuacji w sklepie do wyboru miał zachowania następujące:

  • Towar jest dostępny w sklepie, ale jest go mniej niż potencjalnych nabywców. Trzeba stanąć w kolejce, najlepiej tej dla uprzywilejowanych, bo krótsza i szybciej się przesuwa. Bywało, że kolejka ustawiała się nawet gdy towaru jeszcze nie było, ale ktoś wiarygodny powziął był wiadomość, że zostanie rzucony na rynek w nieodległym czasie.
  • W sklepie nie ma poszukiwanego artykułu, ale są zamienniki, czyli towary substytucyjne. W takiej sytuacji bez namysłu kupujemy towar substytucyjny (margarynę zamiast masła, papier ścierny lub gazetę zamiast toaletowego).
  • W sklepie nie ma poszukiwanego towaru i nie ma towaru substytucyjnego. Odchodzimy z kwitkiem, klnąc pod nosem i czując jak świerzbi nas niewydana gotówka.
  • W sklepie nie ma poszukiwanego towaru, ale na półce widzimy inny towar, co prawda niesubstytucyjny, np. przyszliśmy po żelazko, a są tylko golarki. Nie tracąc czasu na zbędne deliberacje, kupujemy golarkę, w nadziei, że wymienimy je na żelazko z kuzynem, który kiedyś chciał kupić golarkę, ale jak raz trafił na dostawę żelazek i kupił w nadziei, że uda się je wymienić kiedyś na golarkę.

Kanclerskie głowy zamiast tych zabiegów wolały jednak zainwestować czas i pieniądze w zaprzyjaźnienie się z ekspedientkami ze sklepów z pożądanej branży. Nie było to łatwe, ekspedientki poza własną rodziną miały jeszcze licznych pociotków i znajomych, dysponujących dostępem do dóbr, których one same pożądały. Nie było łatwe, ale było możliwe. W sytuacji silnego niedoboru zdarzało się, że rzucony do sklepu towar w ogólnie nie trafiał na półki, ale od razu sprzedany był od strony zaplecza. Taką właśnie sytuację opisał kiedyś przedstawiciel IRChy (Inspekcji Robotniczo Chłopskiej), używając przy tym niefortunnego skrótu myślowego: „Sklep był zamknięty, bo sklepowa w tym czasie dawała od tyłu”.

Na początku lutego 1988 roku, a więc 27 lat temu, miałem okazję dokumentować fotograficznie pracę takich inspektorów, którzy szczególnie gorliwie badali zaplecza sklepów w poszukiwaniu towarów do dawania od tyłu O ile sobie dobrze przypominam, odkryli tylko paskudny bałagan. Przy okazji zrobiłem też kilka zdjęć sklepowych wnętrz, które dziś prezentuję.

Co zaś do tytułowej refleksji to jest ona taka, że gospodarka doboru pozbawiła ekspedientki znaczenia, a klientów zupełnie wyjątkowych momentów szczęścia, co ja piszę, wręcz uniesienia, gdy po długim polowaniu, czatowaniu lub udanej wymianie z innym myśliwym, zdobywali upragniony towar.

Tekst i zdjęcia: Sławomir Olzacki

 

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.