Po co Ostrołęce supermarket na dworcu

Uchwalenie planu zagospodarowania przestrzennego dla dworca PKS w Ostrołęce to krok zdecydowanie w dobrym kierunku. Wbrew obawom i chciejstwu różnych środowisk, miasto jedyne co może zrobić, żeby uporządkować tę część Ostrołęki, to tylko (albo aż) uchwalić plan zagospodarowania.

05 market na dworcu

Autor rysunku: Marek Sachmata

 

Przekucie tego planu na konkretne budowle to sprawa właściciela i dzierżawcy. Właścicielem ziemi pod dworcem jest Kościół a dzierżawcą – komercyjna firma. I to od woli i współpracy tylko i wyłącznie parafii i Mobilisu zależy jak ten teren będzie wyglądał za parę lat. Miastu – poza uchwaleniem planu zagospodarowania i ewentualnym wydaniem pozwolenia na budowę – w zasadzie nic do tego.

Niemiejski dworzec

Dworzec ani teren pod dworcem nigdy nie należał do miasta. Był to od wieków teren klasztorny a potem parafialny. Parafia została wywłaszczona z tego terenu w latach 60. ubiegłego wieku, gdy w miejscu księżowskiego pola wybudowano dworzec. Ale przez te ponad trzy dekady grunt dworca należał do skarbu państwa, a nie do miasta. Po przełomie demokratycznym  państwo zwróciło Kościołowi  grunt pod dworcem w dość szybkim tempie – bo już w 1993 roku. Od tego czasu parafia św. Antoniego pobiera czynsz od PKS Ostrołęka, a obecnie od ostrołęckiego oddziału spółki przewozowej Mobilis. Wobec tego komercyjnego związku parafii i Mobilisu miasto stoi gdzieś z boku. I dopóki Mobilis, czy w może w przyszłości inni dzierżawca, oraz właściciel – czyli parafia – będą chcieli  w tym miejscu utrzymywać dworzec, miasto z boku pozostać powinno.

Problem może pojawić się wtedy, gdyby właściciel i dzierżawca doszli do wniosku, że dworca w tym miejscu nie będzie. Wtedy – przynajmniej teoretycznie – powinno interweniować miasto i gdzieś na swoim terenie zorganizować miejsce, z którego przewoźnicy mogliby zabierać i wysadzać pasażerów. Zaspokajanie lokalnego transportu zbiorowego należy bowiem do zadań własnych gminy. Po prawdzie jednak jest to zadanie niedoprecyzowane, bo trudno wyznaczyć granicę, i sprecyzować definicję lokalności transportu. Bo lokalny transport – taki na terenie miasta i po przedmieściach administracyjnie należących do sąsiednich gmin –  lepiej lub gorzej organizuje MZK. Z drugiej strony transport  nawet lokalny polega na możliwości przemieszczania się mimo granic administracyjnych. Czy zatem zorganizowanie przystanku dla prywatnego autobusu jadącego do Warszawy czy Białegostoku to zaspokajanie potrzeb z dziedziny lokalnego (!) transportu zbiorowego? Oto jest pytanie. I wszystko zależy od perspektywy, bo z punktu widzenia Ostrołęki wyjazd do Warszawy czy Białegostoku to wyjazd w daleki świat. Tymczasem mało kto pamięta, ale za Gierka, gdy w Warszawie przy Dwrocu Zachodnim PKP wybudowano Centralny Dworzec PKS (tak to się wówczas nazywało) stanowiska tam były podzielone – na te do obsługi kursów lokalnych i dalekobieżnych. Autobusy do Ostrołęki jeździły z tych przystanków „lokalnych”. Podróżny ostrołęczanin chcąc dostać się do swojego miasta musiał cisnąć się wśród bab spod Grójca z jajami w wiklinowych koszach, czy chłoporobotników z Błonia wracających z nocnej zmiany do swoich domów. Autobusy dalekobieżne w dawnym warszawskim  rozumieniu jeździły znacznie dalej niż do jakiejś Ostrołęki. Dziś tego podziału już nie ma. Stołeczny dworzec PKS pustoszeje w podobnym tempie jak ostrołęcki. Co sprytniejsi przewoźnicy już dawno dogadali się z miastem i mają przystanki przy co większych stacjach metra i ku radości podróżnych dowożą ich do szybkiej podziemnej kolejki a nie do dworca, położonego w jakiejś czarnej dziurze, źle skomunikowanego z resztą miasta i otoczonego z dwóch stron wiecznie zakorkowanymi ulicami – a z trzeciej i czwartej torami kolejowymi.

Aż dziw, że żaden z przewoźników wożących ostrołęczan nie wpadł jeszcze na pomysł, żeby wozić ludzi po dziesięc złotych, ale tylko do stacji metra Młociny. Miałby pasażerów (nomen omen!) od metra.  A cena biletów – 10 zł  – jest biznesowo uzasadniona, ponieważ już dziś autobusy jeżdżące do Warszawy połowę paliwa zużywają w trasie, a drugą połowę bezsensownie spalają mozolnie przeciskając się od Jabłonny do samego Dworca Zachodniego, na którym zresztą mało kto z pasażerów wysiada, bo większość udręczona staniem w permanentym korku, w pośpiechu opuszcza pojazd przy pierwszej napotkanej stacji metra – czyli przy Dworcu Gdańskim.

 

Transport lokalny czyli jaki

W przepisach o zaspokajaniu potrzeb zbiorowych niejasna jest nie tylko definicja lokalności ale choćby również to, na czym ma polegać aktywność gminy w zaspokajaniu onych potrzeb. Poszczególne gminy rozumieją to rozmaicie. Swego czasu władze Ostrołęki miały imperialne plany aby przejąć państwowy wówczas PKS i przekształcić w samorządową spółkę. Nic z tych planów nie wyszło co jednak prezydent Kotowski zapamiętał i z żalem na ostatniej sesji wspominał, że nic nie wyszło.  Zupełnie inną postawę prezentowały swego czasu władze Chełma, które uznały że tak dobrze organizują transport zbiorowy na swoim terenie, że nakazały prywatnym przewoźnikom wysadzać ludzi na granicy miasta, a dalej to już lud musiał podróżować wyłącznie komunikacją miejską. Osobno płacąc za bilety rzecz jasna.

Z powodu niejasnych przepisów postawy samorządów w kwestiach lokalnego transportu zbiorowego bywają więc skrajne. Tymczasem logiczne wydawałoby się, że zgodnie z zasadą pomocniczości (która – co nie wszyscy może wiedzą jest również elementem katolickiej nauki społecznej) samorząd powinien zaspokajać potrzeby mieszkańców dopiero wtedy gdy sami mieszkańcy lub ich organizacje (w tym firmy) jakiejś potrzeby zaspokoić w stanie nie są.

Gdyby więc nie było komu zorganizować dworca autobusowego, wydaje się że powinno wkroczyć miasto i taki dworzec zorganizować. Co w sumie byłoby dość logiczne, bo wtedy na miejskim dworcu – w miejscu użyteczności publicznej  – gromadziliby się podróżni i odjeżdżali do swoich celów podróży autobusami różnych przewoźników dopuszczonych na dworzec na równych prawach. Bo dziś część małych przewoźników odjeżdża ze specjalnie wyznaczonego stanowiska na dworcu, a część z okolicznych ulic.

 

Dworzec jest i raczej będzie

Na razie jednak potrzeby organizowania dworca przez miasto nie ma. Dworzec zarządzany przez Mobilis jako tako funkcjonuje i nic nie wskazuje na to by miał przestać funkcjonować nawet po przekształceniu terenu na grunty przeznaczone pod handel. Zresztą ruch już na dworcu nie ten co w latach 70. i 80. ubiegłego wieku i plac manewrowy tych rozmiarów co kiedyś dziś wydaje się stanowczo za duży.

Z okolic, które znają ostrołęczanie można wymienić kilka przykładów udanego łączenia dworców z centrami handlowymi (Warszawa Wileńska, Katowice)  i mniej udanych  (Tłuszcz, Warszawa Zachodnia). To jak w przyszłości będzie wyglądał ostrołęcki dworzec będący jednocześnie centrum handlowym, zależy od stopnia jasności umysłów przyszłych projektantów i sprawności wykonania przez wykonawców.   Jeżeli będzie to przedsięwzięcie udane, to tylko należy mu przyklasnąć, że powstanie nowy obiekt z szansą na to, że będzie uczęszczany w posępnie pustoszejącym centrum miasta.

Czy będzie w nim tylko supermarket czy lodziarnia i świetlica środowiskowa, jak postulowali na sesji niektórzy radni, to już jest wyłącznie wola właściciela i dzierżawcy. Rzeczywiście, lodziarni to w tej okolicy brakuje od dawna, ale nie powoła się jej przecież uchwałą Rady Miasta tylko sercem i pasją ewentualnego mistrza kręcenia lodów. A że w innej lodziarni w mieście w weekend czeka się w kolejce i trzy kwadranse, na co narzekają skłonni jak zawsze do narzekania ostrołęczanie,  to bardzo dobrze! Brakuje w Ostrołęce takich kultowych miejsc. Knajp na przykład, w których stolik trzeba rezerwować z tygodniowym wyprzedzeniem, albo odstać swoje przed wejściem, żeby dostać się do środka. Niejeden by odstał lub odczekał, żeby doznać rozkoszy podniebienia. Ale takich knajp w Ostrołęce nie ma. Dobrze, że choć przynajmniej jest lodziarnia…

I może za parę lat, gdy dobre sąsiedztwo nowego obiektu wpłynie atrakcyjność gruntów wokół dworca, uda się miastu sprzedać działkę, na której stoją pozostałości starego basenu. Kto wie…

(ZG, red.)

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.