Ostrołęka ma twarz starości

Przyjeżdżający do Ostrołęki goście z innych miast raczej zgodnie zauważają, że wisi w powietrzu jakaś dziwna atmosfera marazmu i zniechęcenia. Ulice są przeważnie przeraźliwie puste, a ludzi na nich jak na lekarstwo. Ci, których można dojrzeć, chodzą jakby powłóczyli nogami; milczący, skupieni, wyalienowani. Witryny sklepowe straszą pustką, a w co drugim lokalu handlowym wisi kartka o „tanim wynajmie”. Ostrołęka, jak dziesiątki jej podobnych miast w całej Polsce, stoi przed jedną ze swych bardziej tragicznych w skutkach klęsk. Czy może nie być Ostrołęki?

– Miasto jest bardzo ładne, schludne i zadbane – mówi Monika Krajewska-Gniadkowska, trzydziestodwulatka, rodowita poznanianka, która na studiach poznała męża rodem z Ostrołęki. – Przyjeżdżam tu od pięciu lat, każdego roku co najmniej dwa razy: na Wielkanoc i Boże Narodzenie. Widzę z perspektywy czasu, jak wiele zmian na lepsze zaszło, jak dużo inwestycji zrealizowano, takich zwyczajnych projektów dla wygody ludzi, aby im było łatwiej i bardziej komfortowo żyć. Nowe place zabaw, chodniki, skwery, ścieżki rowerowe. To wszystko widać bardzo dokładnie, dlatego że nie ma komu z tych dobrodziejstw korzystać. Mam wrażenie, że z roku na rok na ulicach jest coraz mniej ludzi, a co gorsza, coraz mniej młodych. Jakbym miała podsumować swoje wrażenia z pobytu tutaj, to bym powiedziała, że Ostrołęka ma twarz starości – dodaje.

04 rys sachmata powolne konanie

Rys. Marek Sachmata

 

Nie Polska A ani B, tylko D

Nieoceniony w celnie humorystycznym komentowaniu polskiej rzeczywistości satyryk Stanisław Jerzy Lec wiele lat temu wymyślił komentarz do dzisiejszej sytuacji: „Polska A Polsce B każe się całować w D”. – Przepaść między rozwojem cywilizacyjnym wielkomiejskich metropolii a średnimi i małymi miastami jest wielkości Wielkiego Kanionu Kolorado, tak to można obrazowo przedstawić i uświadomić skalę zjawiska – tłumaczy prof. Wojciech Łukowski, socjolog z Uniwersytetu Warszawskiego zajmujący się głównie badaniem migracji ludności. – Skala zjawiska jest bardzo znacząca, a ono samo pogłębia się, tym samym walnie przyczyniając się do powiększania dysproporcji pomiędzy tymi ewidentnie dwoma światami. Trochę to przypomina znane socjologii i w ogóle naukom społecznym zjawisko, które można było ze zdumieniem obserwować na początku lat dziewięćdziesiątych XX w. w Niemczech tuż po ich zjednoczeniu. Postkomunistyczne wschodnie landy wyludniały się w zastraszającym tempie, ludność zaczęła masowo wyjeżdżać na zachód kraju, który kojarzył im się z dobrobytem i lepszym życiem. Tym sposobem tuż obok naszej granicy pojawiło się co najmniej kilkanaście miast-widm, w których nie został żaden mieszkaniec – komentuje prof. Łukowski. Zaznacza od razu, że nie widzi takiego zagrożenia w Polsce, ale sytuacja jest dynamiczna i nie wiadomo, do jakich skutków doprowadzi. Na razie wiadomo na pewno jedno: państwo nie ma żadnego pomysłu na wsparcie lokalnych samorządów i zahamowanie odpływu mieszkańców do aglomeracji wielkomiejskich.

To już nawet na wsi lepiej

– Dwadzieścia pięć lat reform rozpoczętych od transformacji ustrojowej nie wystarczyło na wyrównanie dysproporcji w poziomie życia na różnych płaszczyznach organizacji społeczeństwa – uważa prof. Jadwiga Kostecka, psycholog społeczna z Polskiej Akademii Nauk, która od ćwierćwiecza zajmuje się analizowaniem jakości życia Polaków i ich ocen własnej sytuacji. – Obiektywnie można jednak z całą mocą i odpowiedzialnością stwierdzić, że duże ośrodki znacznie lepiej wykorzystały drzemiący w nich potencjał: gospodarczy, kulturalny i społeczny. To widać gołym okiem, zwłaszcza jeśli na co dzień żyje się w takich miastach, jak Warszawa, Katowice czy Wrocław, a od święta odwiedza choćby Ostrołękę, Radom czy Myślibórz, który jest sztandarowym przykładem zmarnowanej szansy. W różnych raportach, zarówno rządowych jak i pozarządowych, można spotkać zbliżone do siebie diagnozy: zasobna i przedsiębiorcza Polska A (pod tym pojęciem należy rozumieć największe polskie miasta) o dwie długości zostawia w tyle Polskę już nie B, a raczej D – nieporadną, borykającą się z problemami finansowymi i prowincjonalnej – dodaje.

O ile do miast będących centrami gospodarczymi i kulturalnymi, których w Polsce przecież nie jest znowu tak wiele, ciągną młodzi, o tyle w ostatnich latach daje się zauważyć nową tendencję: pokolenie dzisiejszych czterdziestolatków ucieka z małych miast na wsie, rozrzucone gdzieś w okolicach tych miast. To jest zjawisko stosunkowo młode, ale już o imponujących rozmiarach.

– Ma to swoje duże uzasadnienie ekonomiczne – uważa Barbara Zdrot, współwłaścicielka agencji nieruchomości organizującej dla małomiasteczkowych mieszczuchów życie na polskiej sielskiej wsi. – Na taką przeprowadzkę decydują się ludzie, którzy najgorsze mają za sobą: w miarę odchowane dzieci, jeszcze nie dorosłe, ale na tyle duże, aby potrafiły uporać się z tą sytuacją; stabilne zatrudnienie i co za tym idzie także bezpieczeństwo finansowe, przynajmniej w skali ich wymagań wobec życia – tłumaczy.

Te dwa czynniki w głównej mierze przyczyniają się do śmierci miast podobnych Ostrołęce. Młodzi odpływają na studia, z których zazwyczaj nie wracają, a ich rodziny migrują na wieś.

 

Ostrołęka – miasto bez perspektyw

Na podstawie ogólnodostępnych danych Głównego Urzędu Statystycznego można podać fakt, którego nie da się w żaden sposób zanegować: od połowy lat dziewięćdziesiątych ubiegłego stulecia w Ostrołęce systematycznie ubywa ludności, w głównej mierze ze względu na migracje. W pierwszych latach nowego milenium nałożył się na to kolejny problem, którym był ujemny przyrost naturalny, co oznacza, że więcej ostrołęczan umierało niż się rodziło. My, mieszkańcy Ostrołęki obserwujący z fotela uczestnika te niekorzystne zmiany, nie zorientowaliśmy się nawet, że wokół nas zrobiło się jakoś pusto. Skwery i parki, restauracje i puby – to miejsca, do których niewielu zagląda. Właściwie nie istnieje w społecznej świadomości ostrołęczan zjawisko powszechne w dużym mieście, mianowicie konieczność rezerwacji stolika w knajpie. W Ostrołęce do każdego lokalu wchodzi się z ulicy i wiadomo, że nie będzie problemu z wolnym miejscem. Spacerując głównymi ulicami, jak choćby Głowackiego, wprawny i uważny obserwator z łatwością dostrzeże dziesiątki pustych lokali handlowych do wynajęcia. Zamiera przedsiębiorczość. Biznesy upadają, bo z usług nie ma komu korzystać. Sklepy upadają, bo nie ma w nich komu robić zakupów.

– Wśród moich uczniów pragnienie wyrwania się z Ostrołęki jest powszechne – mówi nauczycielka z II Liceum Ogólnokształcącego im. Cypriana Norwida. – Dla nich jest szansa i nadzieja w postaci dobrych studiów, „gdzieś daleko, w lepszym świecie”. Rozmawiam z młodzieżą na ten temat często i mam – niestety – raczej smutne podsumowania: Ostrołęka kojarzy im się z zacofaniem, uwstecznieniem, hamowaniem ambicji, ograniczonością myślenia mieszkańców, nudą, brakiem perspektyw już nie tylko na rozwój, ale i na zwyczajne godne życie. Młodzież słucha rozmów rodziców w domach i jest totalnie świadoma, jak funkcjonują tak małe zbiorowiska ludzkie. To zatrważające, ale siedemnastolatkowie doskonale rozumieją, że w dorosłym życiu w Ostrołęce czeka ich seria upokorzeń związanych na przykład z poszukiwaniem pracy, którą dostają tylko ci posiadający tak zwane plecy albo układy: wujka w urzędzie, ciotkę w spółce miejskiej czy sąsiada radnego. Jedna z uczennic stwierdziła nawet, że nigdy po studiach nie wróci na stałe, bo tu „wszystko trzeba załatwiać, a jak już się załatwi, to trzeba do końca życia nisko się kłaniać”. I co ja mam niby odpowiadać tym młodym ludziom? Wracajcie, to się zmienia? Wracajcie, będzie lepiej? Zazwyczaj milczę, ale i wybór tego mniejszego zła jest dla chłonnych umysłów wymowną reakcją – dodaje nauczycielka.

 

Klęska nadmiaru

Mieszkańców jest coraz mniej. Nie ubywa jednak instytucji publicznych, które zajmują się ich obsługą w podstawowych obszarach, na przykład w zakresie edukacji. Sieć szkół publicznych w mieście jest zbyt gęsta, niedostosowana do liczby uczniów.

– Na mapie Ostrołęki od lat nie powinno być chociażby Szkoły Podstawowej nr 5, która jak ten trup w szafie straszy i przynosi więcej szkody niż pożytku – uważa miejski radny, który zastrzega anonimowość, bo ma doskonałą świadomość herezji swych słów i negatywnej siły ich oddziaływania. – Po drugiej stronie parku stoi piękna podstawówka, Dwójka, z doskonałym zapleczem dydaktycznym. Bez problemu wchłonęłaby garstkę uczniów z „5”. Nie wspominając już o tym, jak pozytywnie likwidacja tej placówki wpłynęłaby na jakość nauki w II Liceum Ogólnokształcącym, które musi dzielić pomieszczenia z podstawówką. W mojej opinii miasto powinno zlikwidować jeszcze co najmniej jedną z zawodówek, konkretnie tę rolniczą. Nikt tego jednak nie zrobi, bo zaraz będzie ferment, protesty i strajki rodziców oraz nauczycieli. I jest niestety takie myślenie, że lepiej nie dotykać, niech jest jak jest, jakoś to działa. Nie mówiąc już o wyborach, które przecież też kiedyś nadejdą i co wtedy, gdy ludzie sobie przypomną – dodaje.

Oczywiste jest, że takie pomysły, jak modernizowanie czy racjonalizowanie w małomiasteczkowej filozofii życia praktycznie nie istnieją. – Prowincjonalne myślenie zmusza do trwania na obsadzonych pozycjach – uważa prof. Wojciech Łukowski. – Społeczność lokalna małego miasta uwikłana jest w gęstą sieć zależności na różnych poziomach, w tym także wchodzą w grę koligacje rodzinne. Wszyscy znają wszystkich. Nikt nie chce urazić nikogo. Każdy udaje, że dobrze jest tak, jak jest. A skoro tak, to po co cokolwiek zmieniać – dodaje.

 

Biedronka i apteka na każdym rogu

W pewnym sensie symbolem uwstecznienia Ostrołęki, a jeśli to zbyt mocne określenie, niech będzie wolno użyć innego – zahamowania jego rozwoju, są powstające jak grzyby po deszczu dyskonty z tanią żywnością. Biedronki są na wszystkich osiedlach. W przeciwieństwie do drobnego handlu – niewielkich sklepików, często prowadzonych przez ostrołęczan w trzecim czy czwartym pokoleniu, te wielkopowierzchniowe „stodoły” mają się świetnie. Działa i reklama i niższa cena.

– Jestem szczęśliwa, bo mam swoją Biedronkę, blisko domu i już nie muszę jechać gdzieś daleko – ze szczerością wyznaje sześćdziesięciosiedmioletnia emerytka, regularnie zaopatrująca się w potrzebne zakupy w dyskoncie przy ul. Hallera. – Jest taniej niż w innych sklepach, czysto, wszystko ładnie poukładane, miła obsługa. To taki bardzo przyjazny sklep, i dla młodego i dla seniora. Po prostu wspaniały – dodaje.

Zdaniem prof. Tadeusza Jasińskiego, psychologa, dyskont jest jednym z przejawów akceptacji marazmu, który ogarnia społeczności pozbawione napływu „świeżej, młodej krwi”. – Młodzież uznaje zakupy w tego typu obiektach za obciachowe. Starsi i w ogóle starzy za wygodne i tanie. Opozycja jest tu widoczna gołym okiem. Jeśli nie ma komu kontestować otaczającej rzeczywistości, a pozostali odnajdują w niej same pozytywy, to można mieć pewność, że ta społeczność nie ruszy dalej, będzie popadać w swoistą depresję, z której w pewnym momencie się już nie podniesie. Jeśli organizatorem społecznego postrzegania staje się dyskont, przez pryzmat którego dokonuje się ocen najbliższego świata, to ten dyskont za chwilę stanie się czymś więcej, co już będzie zupełnie niebezpieczne. Popatrzmy na ubiory ludzi w małych miastach: są szablonowe i bardzo podobne do siebie, bo nikt się nie wychyla z ustalonych schematów. Jeśli w Biedronce sprzedawane będą spodnie tańsze o połowę niż gdzie indziej, to można mieć pewność, że pół miasteczka będzie w nich chodziło – dodaje.

Podobnym znakiem czasów w Ostrołęce jest zatrważająca ilość aptek prześcigających się w różnorodnych pomysłach na wabienie klientów. To symbol starzenia się społeczności lokalnej, schorowanej i jedną nogą już nad grobem. W takiej zbiorowości nie może być miejsca na twórczy ferment, spontaniczność i żywiołowość.

Organizm bez dopływu świeżej krwi

Starość nie jest zła, jeśli nie dominuje i nie wyznacza trendów. W Ostrołęce wyznacza, bo nie ma dla niej alternatywy. Dobitnym dowodem na to jest aktywność społeczna ostrołęczan w organizacjach pozarządowych. Dobrze działających jest zaledwie kilka, w których funkcje pełnią – nie bójmy się prawdziwych określeń – ludzie starzy, niezdolni już do pełnego ogarnięcia dynamicznie zmieniającej się rzeczywistości i korzystania z dostępnych udogodnień, choćby technologicznych. Oczekiwania kreatywności już nawet nie wypada wyartykułować głośno. Towarzystwo Przyjaciół Ostrołęki, Ostrołęckie Towarzystwo Naukowe, Związek Kurpiów – to organizacje emeryckie, często miejsca spotkań znudzonych dziadków i babć, pozbawione witalności młodych, którzy są marginalizowani a nawet eliminowani. Rzecz jasna nie dzieje się tak dlatego, że są to wyjątkowo źli i zgryźliwi staruszkowie, bowiem często to szlachetni i wielce zasłużeni ludzie, nie potrafiący jednak dotrzymać kroku młodości, ale też nie umiejący wyjść ze swoich okopów. Dlatego TPO od dwudziestu lat drukuje te same utwory tych samych autorów tylko w innych okładkach; dlatego Związek Kurpiów wciąż organizuje te same, nikomu niepotrzebne konferencje; dlatego OTN nie ma żadnej pozycji w świecie nauki, a jego dorobek naukowy – z małymi wyjątkami – jest iście powiatowy. I to się bez nowych ludzi, młodych i dynamicznych, nie ma prawa zmienić.

Czy może nie być Ostrołęki?

A czy wykrwawiający się człowiek przeżyje noc bez transfuzji?

 

Paweł Trzemkowski

 

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.