Ostrołęckie wieżowce – drapacze i kaktusy

Po raz pierwszy od czterdziestu lat w Ostrołęce zostanie wybudowany blok wyższy niż czteropiętrowy, Wznosi go komercyjny deweloper na osiedlu Centrum.

Gdyby dziś spróbować znaleźć odpowiedź na pytanie dlaczego po wybudowaniu kilku wieżowców w połowie lat 80. zabudowa Ostrołęki nigdy potem nie przekroczyła czterech kondygnacji (no może w niektórych blokach pięciu, ale piąta bywała formalnie poddaszem użytkowym, żeby uniknąć konieczności instalowania wind), byłoby to niemożliwe. Pytając, spotkalibyśmy się zapewne z różnymi spekulacjami, ale jednoznacznej odpowiedzi na to pytanie raczej nie ma. Samo się zaprzestało z wielu różnych przyczyn, o których w dalszej części tekstu.

Wysforowane ponad małoetażne

Stara remiza i wieżowce. Na jednym widać fragment reklamy PZU. Luty 1989 r. | Fot. Sławomir Olzacki

Jest rok 1988. Komuna chyli się ku upadkowi, ale w Ostrołęce  władza nadrabia animuszem. Regularnie zaprasza do nas delegacje z partnerskiej wówczas Kaługi w Związku Sowieckim (dziś w Rosji) i pokazuje im nasze miasto, jak by było co w nim pokazywać. Jedna z takich delegacji spotyka się z uczniami Szkoły Podstawowej nr 7. Spotkanie odbywa się w sali do nauki rosyjskiego. Pora na pytania z sali. „Szto udziwliło was bolsze wsiewo w Ostrolienkie” (Co was najbardziej zaskoczyło w Ostrołęce?) – pyta uczeń w granatowym fartuszku.  „Nizkije, małoetażnyje zdanija” (Niskie budynki) – odpowiada bez zastanowienia młodzieniec w wieku mniej więcej komsomolskim.

Czyżby młodzieniec z Kaługi nie dostrzegł dziesięciu jedenastopiętrowych bloków mieszkalnych dumnie prężących się nad nisko zabudowanym miastem? Szczerze mówiąc Kaługa też nie Manhattan.

Podobno politycznej decyzji wybudowaniu w Ostrołęce wieżowców bardzo nam zazdrościli mieszkańcy również wojewódzkiego wówczas Ciechanowa. Tam władza nie zdecydowała się na takie podniebne szaleństwa.  

W tamtych czasach ostrołęcka władza była dumna z wieżowców. Może już nie z komfortu mieszkania lokatorów, ale przynajmniej znaczenia jedenastopiętrowców w urbanistycznej przestrzeni Ostrołęki. Wieżowce wzdłuż osi miasta, którymi były wówczas ulice Bogusławskiego i Kopernika, wybudowano zaraz po tym, jak w 1975 roku Ostrołęka stała się stolicą województwa.

Betonowe natchnienie poetów

Świeżo mianowane wojewódzkie miasto cechowało się wcześniej (poza fabryczno-koszarowymi Wojciechowicami i osiedlem wokół parku) wiejską i małomiasteczkową zabudową. W okresie gierkowskiej urbanizacji przybyło w Ostrołęce kilkadziesiąt bloków z wielkiej płyty i dziesięć bloków jedenastopiętrowych, zwanych do dziś wieżowcami.

W każdym po dwie klatki schodowe, w każdej klatce winda do dziesiątego piętra i zsyp na śmieci (specjalny pionowy szyb z otworami w ścianach z wylotem przy ziemi, pod który podstawiano pojemniki).

Nowe bloki powstawały na terenach niegdyś zabudowanych po wiejsku. Na księżowskim polu i na gruntach dawnych siedlisk, z których wywłaszczono ludzi. To dlatego na osiedlach z wielkiej płyty w Ostrołęce jeszcze w latach 90. XX wieku  można było spotkać drzewa owocowe. Komunę bowiem cechował ten fasadowy szacunek do przyrody, że choć wielki przemysł truł wszystko na potęgę, to przy inwestycjach budowlanych nie wycinano wszystkich drzew w pień. Z sadystyczną lubością za to wycina się drzewa dziś przy byle remoncie czy malowaniu czy innej na wyrost nazywanej rewitalizacji.

W ostrołęckich wieżowcach tylko niektóre mieszkania miały balkony. Zatem choć każdy miał schronienie w betonie, to nie każdy po jednym balkonie.

Autor rysunku: Marek Sachmata

O mieszkaniowej siermiędze w tych wieżowcach wbitych klinem w dawny sielski krajobraz  powstał wiersz również  ostrołęckiego poety, zresztą jeden z lepszych w jego dorobku. Tadeusz Machnowski, który dostał mieszkanie właśnie jedenastopiętrowym bloku, pisze wkrótce potem wiersz „Wieżowce”, który  w 1985 roku stanie  się tytułowym dziełem tomiku poety.

Zaskoczone przyglądają się miastu

– nieoczekiwane jak na dłoni kaktus

w miejscu zrąbanych puszcz i drzew-pomników

wieżowce – ogromne klatki dla królików

super gołębniki ponad Ostrołęką

jaśnie oświecone ale gdzież ich piękno

sowy nawołują a ludzie wciąż milczą

zbrakło miejsca oczyszczalniom i filtrom

jeszcze ryba w rzece stawia się okoniem

mimo że ślizgacze lawirują w toni

jeszcze stary Cygan siodłając taboret

zasypia – i szczęśliwy odjeżdża z taborem.

Wysokie okno na świat

Wieżowce szybko stały się lokalną atrakcją krajoznawczą. Oczywiście nie z powodu walorów architektonicznych, bo te były mniej niż żadne. Ale z okien klatek schodowych między 10. a 11. piętrem roztaczał się piękny widok na całą okolicę Dzieciarnia jawnie, a dorośli ukradkiem masowo wjeżdżali więc windami do końca w górę. Wspinali się jeszcze osiem stopni na ostatnie półpiętro i podziwiali to co dało się podziwiać gdy się patrzy w jednym kierunku

Jako ciekawostkę urbanistyczną należy odnotować, że żaden z ostrołęckich wieżowców nie stoi frontem do południa. Widok z góry na południe mieli więc tylko posiadacze mieszkań na najwyższych piętrach. Jeśli wierzyć ich opowieściom, to przy dobrej przejrzystości powietrza z ostatnich pięter wieżowców w okolicy ul. Goworowskiej widać było na horyzoncie wieże kościoła w Goworowie.

Wspominając swoje dzieciństwo w Ostrołęce, w jednym z poprzednich numerów „Rozmaitości Ostrołęckich” aktor Adam Konowalski również przywoływał momenty gdy wjeżdżał w wieżowcu windą do końca tylko po to, żeby popatrzeć z góry na miasto i okolicę. Wtedy robiły tak wszystkie dzieci ciekawe świata.

Zielone światło asekuracji

Ostrołęckie wieżowce jako tło festynu ludowego przed wyborami do rad narodowych w czerwcu 1988 roku | Fot. Sławomir Olzacki

Wieżowce zasiedlano  przedstawicielami różnych grup społecznych. Dziś trudno ustalić czy była w tym jakaś przemyślana koncepcja, żeby nie stały się betonowymi akwariami – ostoją grubych komunistycznych ryb, a jednocześnie nie były gettami biedoty. Mieszkali więc w nich i lekarze, i prawnicy, i nauczyciele, ale też robotnicy i przedstawiciele zawodów nie nie pracujący fizycznie, ale też nie należący do inteligencji. Nazywało się ich wtedy pracownikami umysłowymi.

Ostrołęckie wieżowce miały tak przydać Ostrołęce wielkomiejskiego sznytu, że na dachu jednego z nich postawiono neon, który wieczorem zielonym światłem rozsławiał markę Powszechnego Zakładu Ubezpieczeń.

Z czasem neon zaczął szwankować. Przestawały się świecić poszczególne litery, potem całe zgłoski, aż w końcu dokumentnie zgasł na zawsze.

Przygasły też wieżowce jako takie.  Z czasem zaczęły się dekapitalizować. Okazało się, że śmiałe pomysły socjalistycznych architektów (chociaż w jakiejś części zapewne inspirowane Le Corbusierem) nie sprawdziły się w praktyce. Gdyby do zsypów wrzucać wyłącznie czyste śmieci, czyli suche i nieorganiczne, zapewne przez lata nie sprawiałyby one mieszkańcom kłopotów. A że socjalizm nie znał instytucji segregowania odpadów, zsypowymi szybami leciało wszystko jak leci: ziemniaczane obierki, kości po kurczakach, flaki po kaszance i fusy po herbacie popularnej  i kawie ekstra selekt. A tam gdzie są resztki żywności, zawsze pojawiają się gryzonie i robactwo.

Ostatecznie część zsypów została zamknięta, a mieszkańcy pozbywają się śmieci tradycyjnie – chodząc z workami do osłon śmietnikowych.

Lekko, ciepło, mokro

W latach 90. wielkim problemem dla spółdzielni mieszkaniowej stały się windy. Po dwudziestu latach eksploatacji stare dźwigi osobowe zaczęły dobiegać kresu swej żywotności technicznej. Wymiana ich na nowe była potężnym kosztem, trudnym do sfinansowania z funduszu remontowego. Nawet dziś sto kilkadziesiąt tysięcy to jest wielka kwota, a dwadzieścia lat temu była wręcz olbrzymia. A na tyle szacowano kompletną wymianę jednej windy na nowoczesny dźwig osobowy z podwójnymi drzwiami.

W przypadku wieżowców trudniejsza do realizacji niż w zwykłych czteropiętrowych blokach okazała się termomodernizacja. Już samo ustawienie rusztowań było nie lada przedsięwzięciem inżynieryjnym. Nie mówiąc już o transporcie materiałów na najwyższe piętra na zewnątrz budynków.

Z czasem jednak Ostrołęckiej Spółdzielni Mieszkaniowej udało się pokonać te wszystkie trudności. Dziś wszystkie bloki są ocieplone i nie straszą szarobetonowymi elewacjami. W wielu z nich wymieniono windy.

Mieszkania w starych wieżowcach są niewielkie, bo projektowano je jeszcze wedle gierkowskich norm metrażowych. Cały czas mieszkają w nich setki ostrołęckich rodzin. Mieszkania w wieżowcach cały czas znajdują nabywców na rynku nieruchomości. Największym atutem ostrołęckich wieżowców jest to, co wszędzie decyduje o atrakcyjności nieruchomości – dobra lokalizacja.

Nowy, wysoki budynek mieszkalny w Ostrołęce, to już zupełnie inna era wieżowców. Choć może mówienie o ośmiokondygnacyjnym budynku „wieżowiec” to pojęcie nieco na wyrost. Niewykluczone jednak, że zapoczątkuje on nowy okres w ostrołęckiej wielorodzinnej architekturze mieszkalnej i w kolejnych  latach niezabudowana część Ostrołęki zacznie obrastać budynkami wyższymi niż cztery piętra.

Co jak co, ale prekursorzy w architekturze czy w biznesie szybko w Ostrołęce znajdują sprawnych naśladowców.

Roman Zwierz-Owca

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.