Kolorowe (?) jarmarki – Myszyniec 1986

Kiedy oglądam te zdjęcia, w uszach brzmi mi Janusz Laskowski i jego „Kolorowe jarmarki”.  Fotoreporter ma mniej szczęścia niż autor tekstu. Te jarmarki nie były kolorowe. Były czarno białe, siermiężne i biedne. Na pewno jednak były barwne w innym sensie tego słowa. To była okazja nie tylko do przeprowadzenia transakcji kupna – sprzedaży, ale i spotkań towarzyskich, wymiany informacji, wypicia piwa, albo i czegoś mocniejszego w gronie znajomych. Dla listonosza była to okazja do wręczenia listów bez uciążliwego jeżdżenia po wsiach, bo przecież adresaci byli obowiązkowo obecni na jarmarku. Wystarczyło tylko znać ich z widzenia.

Jarmark w Myszyńcu po świętym Marcinie był największy w roku. To była okazja do zrobienia zapasu cebuli czy kapusty, a także – gdyby ktoś nie miał – także beczki do zakiszenia rzeczonej. Drewniane zabawki nie były domeną festiwalu rękodzieła ludowego, ale miały status normalnych zabawek. Żywy drób (osobliwie indyki), sadzonki drzewek, pierze – wszystko to było przedmiotem obrotu handlowego.

Na jarmark przyjeżdżało się, na ogół furmanką.

Te zdjęcia pokazują jak bardzo zmienił się świat wokół nas.

Kiedy w 2008 roku po 22 latach wybrałem się do Myszyńca na doroczny jarmark po świętym Marcinie, nie było czego fotografować. Zrobiłem tylko 4 zdjęcia. Jarmark wygląda zwyczajnie, stragany są ustawione porządnie, standardowo, standardowe są także towary, takie same jak w sklepie. Nie ma filcowych walonek, ani bednarza z beczkami. Drewnianych zabawek także zresztą nie ma. Pan Nosek, pszczelarz, wystawiający smakowite miody akacjowe, gryczane i wielokwiatowe, wyjaśnił mi, że obecnie można je kupić na jarmarku folklorystycznym, organizowanym latem z myślą o turystach. Odeszła natomiast generacja użytkowników walonek i drewnianych beczek do kiszenia kapusty na zimę, nie ma więc tych towarów w ofercie.

Furmanka na placu była tylko jedna.   Pani ze straganu z sekondehendową odzieżą napomniała mnie, bym nie ważył się fotografować ani jej, ani jej przedsiębiorstwa, bo to nie czasy komuny i za robienie zdjęć bez zezwolenia, można trafić do więzienia. Odparłem uprzejmie, że właśnie z tego powodu, iż czasy się zmieniły, do więzienia nie trafia się za takie głupstwa. Ale że gdybym miał zamiar ją fotografować, bez wątpienia zapytałbym o zgodę. Kiedy już się oddalałem, doleciał mnie fragment jej wypowiedzi do sąsiadki ze straganu: „gdyby zapytał i zapłacił, to bym mu pozwoliła. A jak by dobrze zapłacił, to i stanik bym zdjęła!”. Zerknąłem jeszcze raz na panią, ale widok ten nie zachęcił mnie do powrotu. Na pamiątkę pozostał mi więc najbardziej egzotycznie wyglądający sprzedawca latawców. Jak zapewniał, wspaniałe, kolorowe i wysoko latające latawce, można kupić u niego już za 20 złotych od sztuki.

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.