Na co dzień Slayer, w weekend disco polo. Mamzel jakiego nie znacie

Disco polo postrzegane jest jako tandeta, bo wielu wykonawców nie ma zielonego pojęcia o muzyce. Za to często nadrabiają brak talentu smykałką do interesów. O kombinacjach w biznesie disco polo opowiedział nam Jarosław Mamiński „Mamzel” – założyciel zespołu disco polo i zarazem fan ostrego metalu.

Nie słucham disco polo

201212022212

Mamzel na scenie disco polo istnieje od wielu lat. I branżę zna od podszewki. Chociaż disco polo gra, to bardziej gustuje w zespołach takich jak Slayer, Vader czy Morbid Angel:

– Na takich koncertach odreagowuję, tego naprawdę słucham. Robi to na mnie wrażenie i wynoszę coś z tego koncertu. Niektórzy śmieją się ze mnie, że jestem pozerem, bo gram disco polo, a jeżdżę na koncerty metalowe. Ja disco polo w domu nie słucham zupełnie. Chyba, że muszę tam czegoś przesłuchać. Ale zdarzają się też utwory, które mi się podobają. – mówi.

100_1968

Zapytany o to, dlaczego nie słucha disco polo w domu odpowiada, że większości piosenek po prostu się słuchać nie da. Ale to wina wykonawców. Mamiński nie chce wymieniać tytułów ani nazwisk. Stwierdza jednak, że tekstów wielu piosenek po prostu nie da się przebrnąć:

– Są artyści disco polo. Na pewno są, bo jedni są z urzędu, jak np. Zenek Martyniuk albo Miller z Boysów – to są już ikony disco polo. Są też ci, którzy potrafią grać. Ja tam wirtuozem nie jestem, ale cośkolwiek zagram, czy to na akordeonie czy na gitarze. Ale jest gromada osób, które nie potrafią na niczym grać, nie potrafią ułożyć nawet kawałka tekstu. Idą gdzieś, kupują gotowy tekst, potem to odtwarzają w zespole, gdzie nikt nie umie na niczym grać. Niektóre piosenki są fajne. Tekst niby jest prosty, bo prosty musi być. Typu: ona mnie zostawiła albo ja patrzyłem w twoje oczy…  ale coś się klei w tym tekście. Ja się staram w swoich tekstach o to, żeby jakoś to się trzymało kupy, żeby o czymś to opowiadało.

Chociaż po disco polo nikt nie spodziewa się skomplikowanych tekstów naszpikowanych metaforami, przesada w prostocie jest czasem nad wyraz uderzająca. Jak twierdzi Mamzel, dlatego właśnie ludzie często uogólniają, że całe disco polo to tandeta.

Występ w remizie to nie koncert

201408274887

Czy każdy występ disco polo można nazwać koncertem? Zwłaszcza w przypadku, gdy repertuar z prawdziwą muzyką niewiele ma wspólnego? Według Jarosława Mamińskiego nazywanie niektórych występów koncertami i pewnych wykonawców gwiazdami to jedno wielkie nieporozumienie:

– Dla mnie są dwa rodzaje disco polo: takie, które coś tam wnosi i takie, które powinno się  grać w remizach. Jeśli to jest takie pitu pitu, że ani to do przekazu ani nie wiem czego to to jest kicz i to jest naprawdę obciach. Kiedyś ktoś mi powiedział: Jarek, nie możesz pluć w swoje gniazdo. Ale ja, żeby być w porządku ze sobą, trochę muszę dołożyć dziegciu do beczki. Czasem widzę na Facebooku jak jakiś zespół doda zdjęcia z jakiejś remizy, gdzie publiczności nie widać, bo było pewnie z pięć osób. Ale podpisane: koncert tu i tu. Jeżeli to jest koncert na żywo, a ogranicza się do włączenia przycisku play w mp3 to to nie jest koncert. Najwyżej występ. Ale jak ktoś takich wykonawców nazywa gwiazdami  to jest to wielka pomyłka.

10678791_749791065066811_3623856567863300528_n

Jak mówi Mamzel, kiedyś był podział na tych, którzy grają profesjonalnie i na grajków, którzy występują na weselach i zabawach. Dzisiaj ten podział zanikł – wszyscy nazywają się artystami. A co gorsza – najczęściej się nimi naprawdę czują.

Kopiuj – wklej

Muzyka disco polo słynie nie tylko z kiepskiej jakości tekstów. Jeśli słyszysz nową piosenkę i wydaje ci się ona dziwnie znajoma – nic zaskakującego. Discopolowcy słyną z tego, że ściągają od siebie wszystko: słowa, melodię, a nawet całe piosenki.

DUET AKORDEONOWY MAMZEL&VERTIM PLAKAT(1)

– Dużo piosenek wykonawcy kradną ze Wschodu. Ta sama melodia, przetłumaczone słowa. Ale podpisują, że to ich własne. Robienie tego z premedytacją jest nie fair. Ta muzyka tkwi w ludziach, my jesteśmy raczej wschodnim narodem. Ta muzyka jakoś trafia do nas. Mamy słowiańską duszę. A że ktoś do tej muzyki dorobił gorsze teksty, zepsuł – to inna sprawa. Polskie disco polo to w większości ruskie przeróbki. Poza tym teraz jest w modzie muzyka na Weekend. Jak ten zespół zrobił furorę piosenką, w której gra saksofon, tak teraz w każdej kolejnej słychać ten sam motyw do znudzenia.

Discopolowcy to też specjaliści od robienia wokół siebie sztucznego zainteresowania. Jeśli jakaś piosenka nie ma wyświetleń czy lajków w internecie,  na potęgę je kupują. Wiadomo: nie ma kliknięć – nie ma sławy:

– Kupują wejścia na You Tube. Nie słucham ale muszę być na bieżąco, jakie zespoły są w modzie, jakie piosenki, bo trzeba grać różne. I wchodzę na serwis, widzę pierwszy raz na oczy jakąś nazwę zespołu, teledysk jest dodany miesiąc temu i ma jakieś 300 -400 tys. wyświetleń, a utwór jest taki, że nikt o niego nie pyta, nikt go nie zna. Ja nie wiem kto to ogląda. Ale jest tak, że często kupują wyświetlenia – płaci się gdzieś kilka tysięcy złotych i klika Tajlandia albo Mongolia. I to jest właśnie taki sztuczny szum wokół tego utworu, że to jest fajne, że ktoś tego słucha.

Nikt nie słucha, wszyscy znają

201212162269

To podstawowy fenomen disco polo. Tylko odważni przyznają się w tłumie, że słuchają takiej muzyki. To wstyd, obciach, wieśniactwo – określeń jest wiele. Ale jak przychodzi co do czego, to wszyscy znają słowa i melodię. Nawet jeżeli płyty z disco polo dają za darmo, to nikt nie chce. Chyba, że nikt nie widzi:

– Może to też jakiś sposób na zgrywanie lepszego niż się jest. Kiedyś mieliśmy taką sytuację w Kissie, kiedy poszła nasza pierwsza płyta. Powiedziałem, że rozdam swoje płyty – nikt się nie zgłosił. Nikt nie wziął ani jednej. Wszyscy byli tacy „ą ę”. Potem, jak ja już pakowałem graty to się ustawiła kolejka, każdy chciał, jak nikt nie widzi. Tak samo jest i teraz. Bywa, że wypuścimy jakąś piosenkę i teledysk. Na sto komentarzy dziewięćdziesiąt to, że buraki, wieśniaki, dno, syf. Ja się tym nie przejmuję. – śmieje się Mamzel.

Mimo wiochy i obciachu – do tego muzycznego biznesu pchają się wszyscy. Tym bardziej, że słuchaczom coraz częściej nie przeszkadza, czy muzycy naprawdę umieją grać i śpiewać, czy po prostu dobrze obsługują komputery:

– To jest najłatwiejsza droga do wypłynięcia, żeby się pokazać, że coś się umie i zaprezentować się w mediach. To jest dosyć łatwa sprawa, nagrać kawałek, wrzucić na You Tube. Teraz też liczy się obrazek. Jakieś fajne dziewczyny świecą tyłkami i wyświetlenia się nabijają. Czasem ludzie to oglądają bardziej dla obrazu niż dla muzyki.

Nie lubię dawać autografów

MAMZEL007

Granie disco polo dla Mamzela to po prostu satysfakcja. Występuje głównie na weselach, gdzie grunt to przecież dobra zabawa:

– Cieszy mnie kiedy ludzie dobrze się bawią przy naszych piosenkach. To dla mnie satysfakcja, jeśli ktoś mi później mówi, że dobrze wykonałem swoją robotę.

Mamiński już od samego początku nie planował wielkiej kariery. Chciał po prostu grać, nie zależało mu ani na sławie ani na wielkich pieniądzach. Nie czuje się gwiazdą. Krępuje się, gdy ludzie chcą od niego autografy:

– Nie lubię dawać autografów. Jak stoją ludzie w kolejce po autograf do mnie to jest dla mnie stresujące, źle się z tym czuję. Być może więcej bym osiągnął, gdybym poszedł za ciosem i nie był sobą.

Muzyka disco polo była, jest i będzie kojarzona z tandetą, a ludzie dalej będą się upierać, że takiej muzyki nie słuchają, że nie znają. Boysi? A kto to?

Nie jestem jednak do końca przekonana, czy słuchacze tak zwanego popu mogą czuć się od discopolowców lepsi. Bo czy tekst „Już pod koniec dnia, widzę obraz Twój, w pustej szklance pomarańcze, to dobytek mój” bardzo odstaje od „Choć prawda boli mnie, ja wierzę, że… że nie opuścisz mnie nie żegnając się”?

Szczerze powiedziawszy trudno znaleźć różnicę.

Zdjęcia z prywatnego zbioru Jarosława Mamińskiego

Tekst: Sylwia Suchecka

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.