Chrupiąca świnka morska

Właściwie tytuł powinien być taki: „Mało znane sposoby wykorzystania zwierząt”, ale jest stanowczo za długi i niemarketingowy. W konkursie lokalnego tygodnika na sympatyczne zwierzaki jedną z laureatek została kura. Ostro konkurowała z krową, nizinną czerwoną polską bodajże. Przypomnieli mi się poznani w Beskidach ludzie, którzy uznali, że mogą sobie pozwolić na stworzenie domu dla rozmaitych zwierzaków. Nie tylko psów i kotów, co dla Polaka oczywiste, ale i tych użytkowych. Mają kury, obdarzone imionami, świnię, osły, kiedyś mieszkała z nimi sroka. W ogrodzie stoją schowki dla jeży, rośliny wybierano ze względu na pszczoły, na drzewach wiszą budki. Jest też domek dla owadów, czyli ramka z wciśniętymi w nią rurkami, patykami i innymi kryjówkami. Lubią nieludzkie towarzystwo.

To byli bardzo zrównoważeni ludzie. Rozumieli, że zwierzę to zwierzę, nie zastąpi człowieka. W ich opowieściach psy nie umierały, tylko padały. Z pewną konsternacją czytam zwierzenia właścicieli jakieś pieska, który zakończył życie, jak to „umierają po trochu każdego dnia, odkąd go nie ma” (autentyczne!). Należałoby się zastanowić, czy nie nastąpiło przeniesienie uczuć z obiektu tego samego gatunku na symbionta, czyli zwierzę towarzyszące. Ono ma właśnie towarzyszyć, nie rekompensować ubytki emocjonalne, bo dochodzi do kuriozalnych sytuacji.

Odłóżmy smutne nadużycia na bok i wróćmy do nietypowych zastosowań. Użytkownicy forum koniarzy, którzy mieszkają w USA, piszą czasem o mułach. Mimo zastąpienia tych silnych zwierząt w transporcie samochodami, muły nadal są utrzymywane. Ludzie mają z nich głównie zabawę. Niezwykle wygląda np. muł startujący w konkursie ujeżdżenia. No bo człowiek widzi jeźdźca we fraku, eleganckie siodło, czworobok, pełną widownię oraz wyczyszczonego na błysk wierzchowca, któremu uszy majtają się jak u zająca. W Polsce mułów nigdy nie było. Nie hodowaliśmy osłów, niezbędnych do „produkcji” muła. W takiej Francji na przykład, urodziwy muł z Poitier jest chronionym prawem dobrem narodowym. Najpiękniejsze muły świata rodzą się z paskudnych koni i wyjątkowo dużych osłów (osły tej rasy można obejrzeć we wrocławskim ZOO). Muły są wizytówką greckiej wyspy Santorini. Każdy ma paszport i numer, potrafią chodzić po schodach, pracują przy zbiorze winogron i służą jako taksówki. Ponieważ mało turystów decyduje się na korzystanie z takiej usługi, mułowe taksówki są dofinansowane przez państwo, żeby się opłacało je zachować. Innym przykładem zaskakującego sposobu traktowania zwierzaka jest powód trzymania świnek morskich. W naszych domach służą jako miły, łatwy w utrzymaniu sierściuch, obecnie nieco wyparty przez króliki. W ich ojczyźnie, czyli Ameryce Południowej, są poszukiwanym przysmakiem. Co więcej, zalecanym turystom z Europy, bo ich mięso jest pozbawione pasożytów. Kupuje się je nadziane na patyk i upieczone na chrupko. Przy okazji ciekawostka:  to jedyne zwierzę, które nie syntetyzuje w organizmie witaminy C. Dzieli tę cechę z… człowiekiem.

O tym, że pies może być członkiem rodziny, albo czymś gorszym od kupy śmieci, przekonali się pewni wędrowcy. Dostali pracę w Indiach. Zabrali ze sobą psa. Mieli świadomość, że tam to zwierzę jest nieczyste, ale nie byli przygotowani na tak stanowczą postawę Hindusów. Pies nie miał prawa chodzić po ulicy, trzeba go było dyskretnie wozić –  wyłącznie prywatnym autem – żeby pospacerował w ustronnym miejscu.

Fot. Fir0002 CC 3.0

Fot. Fir0002 CC 3.0

Na koniec jeszcze jedno zwierzę, którego miejsce w polskiej rzeczywistości się zmieniło. Koza. W czasie wojny i tuż po niej uratowała niejedno małoletnie życie. Potem, gdy ludzie się wzbogacili, w oborze było miejsce tylko na krowy. O wiele trudniejsze w utrzymaniu, dawały jednak przemysłowe ilości mleka. Jednak i obecnie koza pozostaje dobrym rozwiązaniem, gdy się mieszka na wsi i ma kilkoro dzieci. Narwie się jej trochę trawy w jakimś rowie i już, najedzona, tylko doić. Łatwo i tanio. Tak myśleli pewni dobrzy ludzie, którzy sprawili kozę niezamożnej rodzinie. Ku swojemu zdumieni odkryli, że koza została zjedzona. Obdarowani wstydzili się zwierzaka. Bo to, panie, jak się ma kozę, to już wtedy przepadło, wszyscy widzą, że w chałupie bieda! Dlatego właściciele farmy koziej na Kurpiach wożą mleko do klientów w Warszawie.

Lubimy zwierzęta w otoczeniu. Trzymamy pająki, patyczaki, żółwie, jaszczurki, papugi, kanarki, zeberki, świerszcze, węże, krewetki, świnki morskie, koty, psy, konie, daniele, świniodziki, króliki, szczury, myszy, chomiki, myszoskoczki, koszatniczki, szynszyle, jeże, wiewiórki, rybki, kozy, owce, pawie, kury ozdobne, gołębie, osły, świnki wietnamskie – wszystkie te stworzenia widziałam albo u kogoś z rodziny (tak, przekazujemy sobie w genach hopla na punkcie zwierząt) albo znajomych. W piwnicy czeka już wiadro karmy dla ptaków. Mam też zaprzyjaźnione „dziewczyny”, czyli kopiec mrówek w pewnym lesie. Czasem podrzucę im niedojedzone udko z kurczaka. Gdy uwzględnia się obecność innym niż ludzie istot w otoczeniu, to tak, jakby się odkryło ósmy kolor tęczy. Wiedzieliście, że  konie patrzą tylko na boki i do tyłu, jeże nieruchomieją zimą a mrówki rozmawiają zapachami?

Anna Wołosz

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.