Była kiedyś grupa  artystyczna Zdzisława Załuski – Teatr Bis [DUŻO ZDJĘĆ!]

W czasach, kiedy nie było w Ostrołęce wielu rozrywek – w kinie grano tylko mało interesujące produkcje, radio czy telewizor były tylko w niewielu domach, jedną z najchętniej wybieranych rozrywek był teatr. Od 1957 roku w Powiatowym Domu Kultury rozpoczęła działalność Grupa Teatralna „Bis”, na czele z wychowankiem polonistki Zofii Rogalewicz Zdzisławem Załuską – późniejszym dyrektorem księgarni wojewódzkiej w Ostrołęce i posłem na Sejm PRL.  

Teatr jak McDonald

W czasach, gdy Zdzisław Załuska chodził do gimnazjum i liceum (w latach 1946-47) obowiązkowym punktem każdej szkolnej wycieczki była wizyta w teatrze. Ostrołęcka młodzież, odbierając szkolne wychowanie, poznawała więc najlepsze warszawskie sceny powojenne i sławnych aktorów na czele z Elżbietą Barszczewską, Marianem Wyrzykowskim, Jerzym Leszczyńskim, Władysławem Hańczą. Uczniowie, dzięki takim wycieczkom zobaczyli np. spektakl „Lilla Weneda” w Teatrze Polskim czy  znakomitą komedię „Dzień bez kłamstwa” w Teatrze Powszechnym. – Wówczas jeszcze na drugą stronę Wisły przechodziło się po moście pontonowym, Warszawa była w gruzach, ale teatry działały – wspomina Zdzisław Zaluska.

.

Miłość do teatru zaszczepiała  w uczniach Zofia Rogalewicz, słynna ostrołęcka polonistka z Liceum im. Króla Stanisław Leszczyńskiego (dziś I LO im. Bema). – Pani Rogalewicz znawczynią teatru – mówi Zdzisław Załuska.

Inspicjent prof. Rogalewicz

Swoją pasję Zofia Rogalewicz realizowała poprzez organizację teatrów szkolnych. Najpierw to były scenki „Polska w obrazach” z różnych epok, np. inscenizacja z przyjazdu Kmicica do Oleńki z „Potopu”. Już wówczas przy organizacji tych wydarzeń szkolnych kręcił się Zdzisław Załuska. Zagrał między innymi w scenie poświęconej Zawiszy Czarnemu.

Najsłynniejszym wystawionym wówczas spektaklem teatru szkolnego prowadzonego przez Zofię Rogalewicz były „Damy i Huzary” na podstawie Fredry. Obsadą była najstarsza, czasem już dorosła młodzież szkolna. Zdzisław Załuska pełnił wówczas rolę inspicjenta.

.

– To była bardzo znacząca dla mnie inscenizacja. Nie dlatego, że sam brałem w niej udział, ale dlatego, że udało się pani Rogalewicz wyjątkowo trafnie dobrać obsadę. Widziałem potem szereg spektakli w teatrach zawodowych opartych na „Damach i Huzarach”, ale tamto widowisko było dla mnie idealne  i w niczym zawodowcom nie ustępowało. Tamci aktorzy-amatorzy mieli wyjątkowe predyspozycje. Głosowe, fizyczne i to osobiste zaangażowanie. 

Zamienił Wodewil na „Bis”

W pierwszej połowie lat 50., kiedy Zdzisław Załuska studiował polonistykę na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim, w Ostrołęce wystawiono”Wodewil warszawski”. Przedstawienie pełne tańców i śpiewów, choć tylko jednorazowe organizował brat matki Zdzisława Załuski – Wodzinowski, który wówczas przebywał zawodowo w mieście. Odbyło się ono w Kinie Przodownik. Spektakl, choć nie miał swojego ciągu dalszego, był o tyle ważnym wydarzeniem, że zgromadzono wokół niego zespół osób zainteresowanych teatrem. Znaczna  część tego zespołu stanowiła potem trzon Grupy Teatralnej „Bis”.

.

Pomysł na założenie grupy powstał, po zupełnie nietrafionych propozycjach ze strony kierownika Powiatowego Domu Kultury Bogusława Baki, by Zdzisław Załuska wystąpił w programie satyryczno-artystycznym.

Co prawda, wziął w nim udział raz czy dwa, ale poważna aparycja i sposób bycia, zupełnie nieprzystające do kabaretu spowodowały, że musiał zrezygnować. Nie była to rzecz łatwa. Wprawdzie Zdzisław Załuska trochę znał ówczesne środowisko ostrołęckie, ale od 1950 do 1954 roku, czyli w okresie studiów nie było go w Ostrołęce. Dopiero, kiedy rozpoczął pracę miał więcej do czynienia z ludźmi w swoim wieku, zainteresowanych kulturą, można powiedzieć z ostrołęcką inteligencją. Udało mu się namówić około dwudziestu osób.

Lalka niczym młoda Szaflarska

Teatr Bis rozpoczął pracę od przygotowań do wystawienia „Roxy” Barrego Connersa. Była to wówczas dość popularna rzecz – rola Roxy przypadła między innymi Danucie Szaflarskiej w 1945 roku w jednym z teatrów, gdzie występowała. W ostrołęckiej wersji zagrała ją Wanda Bednarczuk zwana przez znajomych Lalką.

Przydomek został z Wandą Bednarczuk, z domu Ćwiek od czasów szkolnych. Wówczas uczyły się w liceum jeszcze dwie jej siostry. – To była wyjątkowa osoba, zupełnie inna od swoich sióstr. Dla odróżnienia powstał pseudonim – mówi Zdzisław Załuska. – Mnie jej typ wrażliwości szczególnie odpowiadał. Oczywiście Lalką była tylko dla znajomych.

.

Zdzisław Załuska nie wybrał tej sztuki przypadkowo. Miał pewne doświadczenie w kwestii jej realizacji, bo w latach szkolnych wystawiła ją Zofia Rogalewicz, a on był wówczas inspicjentem odpowiedzialnym za to co i kiedy dzieje się na scenie. Był rok 1957. W Teatrze Bis Załuska wystąpił w roli ojca Roxy. Poza nim zagrali: Renata Szwedowska, Lucjan Bednarczuk, Wanda Bednarczuk i Stanisław Mierzejewski.

Niestety nie zachowały się zdjęcia czy afisz z wystawień „Roxy”.

Teatralne reflektory ze złomowiska

Początkowo Teatr Bis miał formę koleżeńską. Aby go przekształcić w coś bardziej profesjonalnego, potrzebne było zapewnienie choć minimum środków. Dom Kultury wówczas nie dysponował ani salą, ani zapleczem, ani funduszami. Wszystko było organizowane bardzo chałupniczo, przede wszystkim przez sam zespół.

Jakaś mała salka w Powiatowym Domu Kultury była. Musieliśmy co prawda dogadać się z pozostałymi zespołami działającymi tam, ale mogliśmy się tam spotykać – mówi Zdzisław Załuska. –  Była mała scenka na drugim piętrze, gdzie wystawialiśmy spektakle, która mogła ona pomieścić około 100-120 osób. Miała podium i skromne kulisy. Nie było drogi przeciwpożarowej ani wyjść ewakuacyjnych. Dziś nie do pomyślenia. Oświetlenie było początkowo bardzo amatorskie. Potem pojawił się Ryszard Kur, który zorganizował dwa stojące reflektory. One pochodziły z jednego z dużych teatrów i miały trafić na złom, ale Ryśkowi udało się jakoś je zdobyć dla nas za darmo.

.

Jak to w teatrze amatorskim, który jest bardziej pasją niż pracą, członkowie zespołu musieli czas poświęcony na próby wygospodarować między życiem zawodowym a prywatnym. Spotykali się na próbach po pracy 2-3 razy w tygodniu, wieczorami między godz. 18.00 a 19.00.

– Bardzo chciałem, żeby mimo skromnych środków to nie była amatorszczyzna – przyznaje Załuska. – Muszę powiedzieć, że albo miałem szczęście albo nosa podczas dobierania obsady, bo na ogół się nie zawodziłem. To byli ludzie, którzy potrafili zagrać.

Kominek z opakowania Belwederów

W 1958 roku Grupa Teatralna Bis sięgnęła po Fredrę i sztukę „Ożenić się nie mogę”. Czasy były jakie były – teatry amatorskie w małym mieście nie mogły sobie pozwolić na profesjonalną scenografię. Trzeba było kombinować. I Zdzisław Załuska kombinował pierwszorzędnie. Na scenie musiał się pojawił jakiś element charakterystyczny dla tej epoki. Padło na kominek. – Co ja się z tym kominkiem miałem! – mówi Zdzisław Załuska. – To była moja pierwsza przygoda z Stanisławem Skolimowskim. On mi obiecał ten kominek zrobić, bo w końcu był po technikum teatralnym, ale jakoś mu to zlecenie nie leżało. Myślę, co ja zrobię, biedny! Pamiętam, że były takie papierosy Belweder. Nie wszyscy pamiętają, ale one w pierwotnej wersji na opakowaniu miały rysunek kominka, dopiero potem pojawił się Belweder. Trzeba ściągnąć, pomyślałem. Poprosiłem dyrektora PDK Stefana Mrowińskiego, żeby zatrudnił jakiegoś znajomego stolarza, który cokolwiek będzie potrafił zrobić. Ja mu trochę narysowałem, trochę pokazałem i on ten kominek stworzył. Z wierzchu  był pomalowany we wzór, który miał imitować kamień – marmur czy granit. Całkiem stylowy nam wyszedł – śmieje się dziś pomysłodawca.

I w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu

Grupa Teatralna Bis dzięki osobie Zdzisława Załuski naprawdę przyciągała widownię, a spektakle były wystawiane wielokrotnie. Często brakowało podstawowych rzeczy, a sale pod spektakle nie przystawały nijak do tego co reżyser widział w warszawskich teatrach.

.

– Nikt mi nie zarzucał, że ja się wymądrzam. Ja nadawałem pewną swobodę, starałem się korygować tylko ustawienie głosu, staranność wymowy, dykcję,  gesty, figury – wspomina Załuska.  – Wszystko przychodziło bardzo naturalnie. Ja z tego okresu wyniosłem jak najlepsze wspomnienia. Zawsze powtarzałem moim aktorom slynne powiedzenie profesor Zofii Rogalewicz „i w Paryżu nie zrobią z owsa ryżu”.

Podobne wspomnienia wyniósł z tego okresu Stefan Sulewski, jeden z aktorów Bisu.

– My się cieszyliśmy z tego, że coś się dzieje – mówi Stefan Sulewski. – Byliśmy młodzi, po straszliwych przejściach lat 40., kiedy wiedzieliśmy, że trzeba milczeć, bo można za chwilę siedzieć i nie wyjść. Rok 1956 i ta odwilż to była nasza radość. Stworzyliśmy zwartą grupę młodych ludzi, którzy coś tworzyli i nie była to akademia ku czci towarzysza Stalina, bo i takie bywały. To był dla mnie najpiękniejszy okres życia. Pracowałem zawodowo i nie traktowałem tego jak pracy. Dla mnie nie było godzin.

Klucz od przepaści

Dramat o lotniku, który zrzucił pierwszą bombę atomową na Hiroszimę Zdzisław Załuska widział po raz pierwszy w Teatrze Współczesnym w Warszawie. Postanowił przenieść go na scenę ostrołęcką. Plan nie był tak prosty do wykonania, jakby się wydawało. Mimo, że ogólny ogląd sytuacji Zdzisław Załuska miał, problemem było np. zdobycie tekstu. Ten długo był zastrzeżony. Sam twórca nie pamięta dokładnie kto wówczas pomógł mu go zdobyć. Możliwe również, że został on wydrukowany w jednym z numerów kwartalnika „Twórczość”, który wówczas porywał się na drukowanie najwybitniejszych, współczesnych tekstów dramatycznych.

.

Jedną z metod stosowanych stale przez Zdzisława Załuskę były indywidualne wyprawy do warszawskich teatrów. Bez ogródek chodził za kulisy, do biur i prosił o pomoc. Udzielano mu jej chętnie, często wpuszczając go do teatralnych bibliotek, gdzie mógł wybierać w najróżniejszych scenariuszach. W ten sposób Bis omijał również czytanie i akceptowanie tekstu przez cenzurę.

Jak wtedy radziły sobie inne teatry amatorskie? Drukowano wówczas sporo tekstów, ale Zdzisław Załuska nigdy z nich nie korzystał. – Ich poziom artystyczny był bardzo niski – mówi ostrołęcki reżyser. – Często to były rzeczy mało ambitne a do tego naszpikowane treściami propagandowymi – przyznaje Załuska. – Zawsze szukałem na własną rękę. Musiałem dobrze przemyśleć, co w tak skromnych warunkach moglibyśmy wystawić.

Najlepszy spektakl województwa warszawskiego

W 1959 roku ogłoszono konkurs dla amatorskich zespołów teatralnych województwa warszawskiego.  Grupa Teatralna Bis zgłosiła się właśnie ze spektaklem „Klucz do przepaści”. Do Ostrołęki zjechała komisja złożona z teatrologa zawodowego, z reżysera i aktora. Po obejrzeniu tej sztuki Grupa usłyszała, że teatr amatorski to to nie jest. A znacznie więcej.

– Wytknęli nam jakieś drobne błędy, ale wówczas zajęliśmy pierwsze miejsce. Dla nas to było ogromne osiągnięcie – przyznaje Zdzisław Załuska.

Ugaszone pożary

Oazą spokoju Grupy Teatralnej Bis był nieżyjący już Jerzy Woliński. Sprawdzał się w sytuacjach iście dramatycznych.

– Mówię „Jurek, pali się! Musimy gasić, natychmiast” – wspomina Stefan Sulewski. – Każdy jest zdenerwowany, biega. A Jurek odpowiada – Dobrze, spokojnie, ugasimy. To była indywidualność. Harcerz, wodniak, żeglarz. Zawsze uspokajał atmosferę.

.

– Nie pamiętam już przy której sztuce, ale była jedna taka scenka, kiedy straciłem cierpliwość – mówi Zdzisław Załuska. – To był zły dzień, od początku nic się nie kleiło. Jakby chęci zabrakło. Ja się podobno wtedy po raz pierwszy wkurzyłem. Trzasnąłem krzesłem i krzyknąłem, że jeżeli tak, to wychodzę. I odszedłem. Sądziłem, że się poobrażają, ale oni na chwilę zdębieli. A potem Ryszard Kur rzucił „trzeba było tak od razu”. I jakoś to poszło.

Zmiana władzy

Grupa Teatralna Bis działała przez sześć lat. Oficjalnie przyczyną jej rozpadu były przyczyny prywatne i zawodowe części członków zespołu.  Zdzisław Załuska zaczął się udzielać społecznie. Trzeba pamiętać, że zaczynali jako bardzo młodzi ludzie, często dopiero po studiach lub na początku kariery zawodowej, kiedy dopiero kształtowało się ich przyszłe życie. Teatr działał amatorsko i nikt z członków zespołu nie podejmował prób zostania aktorem zawodowo. Zdzisław Załuska ukończył co prawda kurs dla reżyserów teatralnych, ale kiedy otrzymał dyplom, Grupa Teatralna Bis już nie istniała.  

To był najlepszy czas na tę działalność – mówi Zdzisław Załuska. – Był czas, potrzeba. My się w ten przełom wstrzeliliśmy.

Mniej oficjalną przyczyną, o której mówią Zdzisław Załuska i Stefan Sulewski była zmiana władzy w Powiatowym Domu Kultury. Najpierw Bogusława Bakę zmienił Stefan Mrowiński, ale z oboma Bis współpracował na bardzo dobrych zasadach, a wzajemne relacje nie były może przyjacielskie, ale serdeczne i pełne szacunku do poczynań Grupy. Ich miejsce zajął Henryk Muszyński.

– To co się dzieje zależy też od kierownika Domu Kultury – mówi Stefan Sulewski. – Baka i Mrowiński wnieśli zupełnie nową jakość w tę działalność. Po nich przyszedł pan, który dokumenty archiwalne spalił. To był człowiek podstawiony przez partię, wielki działacz. Tam wówczas się nic nie działo, nikt tam nie chciał pracować.

W latach 80. podjęto próby reaktywacji grupy, ale zmieniły się czas i warunki, każdy z członków Bisu był już wówczas innym człowiekiem.

Anna Siudak

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.