Archipelag sukcesów i porażek

Po premierze książki „Miasto Archipelag” Filipa Springera.

W kwietniu 2015 roku przeczytałam na Facebooku ogłoszenie, że Filip Springer i jego współpracownicy szukają korespondentów z byłych miast wojewódzkich, do nowego projektu „Miasto Archipelag”. Zgłosiłam się. To co początkowo było wrzucaniem linków z lokalnych serwisów informacyjnych na platformę Flipboard, szybko stało się ogromną akcją, w którą zaangażowało się tysiące ludzi, ogólnopolskie portale, redakcje i firmy. Dziś książka, która powstała jako dziecko tego projektu, jest chyba najbardziej wyczekiwaną polską pozycją.

Autor reprodukcji: Michał Piersa

Autor reprodukcji: Michał Piersa

Filip Springer opisywał już w swoim życiu różne miejsca. Niektóre ładne, inne kiczowate, brzydkie, tragiczne. Wszystko fotografował, choć patrząc na jego zdjęcia część osób mogłaby powiedzieć, że bije z nich pesymizm, bo zwykle są ciemne, najlepiej wykonane kiedy jeszcze nie opadła mgła lub już się podniosła, kiedy padało lub chociaż słońce nie wyszło zza chmur. Zwykle jesienią i zimą. Ze wszystkich polskich reporterów to właśnie on zdecydował się odwiedzić, sfotografować i opisać Polskę mniejszych miast. Wybrał 31, które w 1999 roku utraciły status stolicy województwa.

Książka o byłych miastach wojewódzkich nie mogła powstać w obłożonym książkami pokoju autora w Warszawie. Springer wyruszył w podróż po dosłownie całej Polsce. Był w każdym z 31 miast, które chciał opisać. Wszędzie spotykał się z ludźmi – od zwykłego Kowalskiego z warzywniaka po miejskich dygnitarzy, urzędników i wizjonerów. Sięgał do historii i słuchał o teraźniejszości. Jego podróż, którą dokumentował na blogu i na Facebooku śledziło setki tysięcy ludzi. A, że trzydzieści jeden miast to naprawdę dużo, a czas gonił, autor czasem nie wiedział, gdzie się znajduje, poza tym, że jest to miasto.

Niemal rok od rozpoczęcia wyprawy 15 września do księgarń w całej Polsce trafia książka ją opisująca „Miasto Archipelag”. Egzemplarz recenzencki trafił do redakcji „Rozmaitości Ostrołęckich” na dobry tydzień przed premierą. Przeczytałam jednym tchem, choć nie jest to lektura łatwa, prosta i przyjemna.

Oczywiście, dla każdego ostrołęczanina zasadniczą kwestią będzie to, co autor napisał o Ostrołęce. I czy aby Łomża nie wypadła w książce lepiej. Otóż biorąc pod uwagę, że książka liczy 320 stron, o samej Ostrołęce znajdziemy tu niewiele. Poświęcony jest jej jeden rozdział liczący siedem stron oraz wstęp liczący niecałe półtorej strony. Niektórym miastom poświęcono więcej miejsca pokazując je z różnych stron. Jednak nie jest tak, że pozostała część książki ostrołęczan nie zainteresuje. Czytając, można szybko  zrozumieć, że gdyby zmienić nazwy miast, to równie dobrze moglibyśmy przeczytać o Ostrołęce w rozdziale o klęskach, miejscach gdzie straszy czy o ucieczkach.

W książce widać to, czego na co dzień nie zobaczymy – Ostrołęka to tak naprawdę miasto bardzo podobne do Skierniewic czy Chełma. Brakuje tu inicjatywy mieszkańców, coraz mniej tu młodych ludzi, którzy pozostanie w małym mieście traktują jako życiową porażkę, a każdą klęskę można wytłumaczyć tym, że wielkie pieniądze i inwestycje są w wielkich miastach, bo to tam skupia się życie większości Polaków. U nas się po prostu nie da. Na co dzień tego nie widzimy, bo wydaje nam się, że wszędzie  jest lepiej niż u nas. Wystarczy zapytać ostrołęczan, którzy od czasu do czasu pojawią się w Łomży. Nieustannie słyszy się, że tam to miasto się rozwija. O tym, że ostrołęczanie nie są w takim myśleniu odosobnieni, niech świadczy fakt, że mieszkańcy Łomży patrzą z zazdrością na to, co się dzieje w Ostrołęce.

W rozdziale o Ostrołęce zatytułowanym „Targowisko” znajdziemy opis wizyty Filipa Springera na Piaskach, w okolicy Domu Handlowego „Kupiec”, „Handlowiec”, „Zorza” i hali „Feniks”. Reporter już wcześniej, tuż po wizycie w mieście mówił, że ta okolica zaskoczyła go zupełnie. Na antenie radiowej Trójki opowiadał Michałowi Nogasiowi, że w żadnym innym mieście, które odwiedził, takiego nagromadzenia sklepów i budynków z różnego okresu transformacji ustrojowej nie widział.

Reporter w listopadzie rozmawiał z kupcami, którzy jeszcze handlują na Piaskach. Odwiedził również halę handlową „Feniks”, gdzie nie spotkał klientów, a jedynie sprzedawców przy wyłączonych ruchomych schodach. Filip Springer na podstawie ostrołęckiego handlu pokazał problem handlu we wszystkich małych miastach. Podczas, gdy w większych aglomeracjach odchodzi się od handlu wielkopowierzchniowego, w małych miastach każda kolejna galeria handlowa uchodzi za symbol rozwoju i nowoczesności. To tam w małych miastach dzieje się najwięcej.

Z pewnością wielu mieszkańców sięgając po tę lekturę uzna, że to zaledwie niewielki wycinek tego co się w mieście dzieje. Że można było pokazać więcej. Reporter widział przecież Muzeum Kultury Kurpiowskiej, Muzeum Żołnierzy Wyklętych, rzekę, osiedle Wojciechowice. Należy jednak pamiętać, że projekt miał pokazać coś unikalnego, wyjątkowego dla danej przestrzeni, a jednocześnie będącego uniwersalnym zjawiskiem dla całego Archipelagu. W Ostrołęce znalazł to na targowisku.

„Miasto Archipelag” to jednak nie tylko opis porażek i niechciejstwa w małych miastach. Reporter pokazuje każde miasto przez pryzmat ludzi, dla których mieszkanie w byłym mieście wojewódzkim nie jest porażką. Wybrali je, bo można w nich być bliżej drugiego człowieka, żyje się wolniej, trudniej kogoś oszukać, bo mała społeczność szybko takie zachowania weryfikuje. Reportaż dokumentuje również sukcesy. Część z nich jest wielka na miarę małego miasta, inne robią wrażenie na całym świecie. W ogólnopolskich mediach pojawią się jednak rzadko. Dużo lepiej sprzedają się lokalne katastrofy.

Czytelnik sięgający po tę pozycję Filipa Springera doceni z pewnością ogrom pracy jaki w niej widać. To nie tylko rozmowy z ludźmi żyjącymi obecnie, nie tylko bardzo szeroki wywiad środowiskowy, tysiące przebytych kilometrów – w samochodach, pociągach, autobusach i pieszo, ale również ogrom pracy źródłowej. Bibliografia zamieszczona na końcu książki dobitnie to pokazuje. Szeroko w książce rozbudowana jest również część historyczna, pozwalająca zrozumieć wiele współczesnych zjawisk. Wiele z miast rozwija się według schematu klęska – poprawa – rozwój – klęska… itd. Najpierw wojna, potem odbudowa, nadanie rangi województwa, wzrost gospodarczy, a potem reforma, degradacja i kolejna klęska.

Patrząc na wiele miast Archipelagu można powiedzieć, że Ostrołęka miała wyjątkowe szczęście. Nowy szpital stoi (choć trochę to trwało, warto wiedzieć, że w Słupsku nadal nie ma porodówki, a dzieci rodzą się w Ustce, a w Koszalinie straszą ruiny niedokończonego szpitala wojewódzkiego, który zapewne nigdy już nie powstanie), osiedle Centrum stoi, przetrwały i nawet się rozwinęły duże zakłady pracy – Celuloza, Elektrownia. W wielu miastach ruiny po fabrykach straszą do dziś, a bezrobocie sięga kilkunastu procent. Dla tych, którzy mówią, że w tym mieście jest źle, pracy nie ma, a ci co nie wyjechali to tylko hołota (słowa zasłyszane podczas koncertu operowego zorganizowanego na scenie przy „Kupcu”) ta książka to pozycja obowiązkowa, bo pokazuje, że nie jest u nas aż tak źle.

Książka „Miasto Archipelag” nie kończy działań związanych z projektem. Niebawem na rynku ukaże się przewodnik „Ogarnij Miasto Archipelag”, w którym znajdzie się opis najciekawszych, ale nieoczywistych miejsc ze wszystkich byłych stolicach województw. W podróż rusza również Filip Springer. Już teraz możemy powiedzieć, że spotkanie z nim odbędzie się również w październiku w Ostrołęce.

Anna Siudak

Autorzy publikujący w serwisie Rozmaitosci.com korzystają z prawa do wolności wypowiedzi i swobody wyrażania opinii a także prawa do krytyki. Publikowane artykuły zawierają osobiste poglądy autorów, które w wielu przypadkach nie są tożsame ani nawet zbieżne z poglądami wydawcy.